Wiara,  Zmyślenia

Jeszcze ryżem sypną na szczęście

Na początek historyjka

Akcja dzieje się kilka lat temu, w starym, barokowym kościele. Podziwiam imponujące wnętrze, bo jestem w nim po raz pierwszy. Msza ślubna, na którą jestem zaproszony przebiega zupełnie standardowo, młodzi z trudem wciskają obrączki na lekko spuchnięte z nerwów palce. Nadchodzi moment przekazania znaku pokoju. Po okiwaniu powietrza dookoła rozpoczyna się wymienianie uścisków rąk na zasadzie “każdy z każdym”. Układ osób spowodował, że w pewnym momencie podajemy sobie ręce po przekątnej. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy ręce zaczynają się krzyżować. Moją wyciągniętą dłoń zauważa stojąca po przekątnej pani, która oburza się i woła: “Nie na krzyż! To przynosi pecha!”. Po odczekaniu chwili (która mi pozwoliła ochłonąć z wrażenia, a osobom obok nas dokończyć przekazywanie znaku pokoju) w końcu przekazuję go także wzburzonej pani. Dalej nie dzieje się nic szczególnego; pani odwraca się i wypowiada standardową formułę o “Baranku, który gładzi grzechy świata…”.


Zabobon wciąż żywy

Walkę przesądom wypowiedziałem już dawno temu. Najpierw rozprawiałem się z zabobonami, w które sam (czasami tylko podświadomie) wierzyłem. Obecnie staram się tępić wszelkie ich przejawy z ogromną gorliwością. Obawiam się jednak, że walka ta jest z góry skazana na porażkę, bo im starszy jestem, tym więcej ich widzę. Widzę je z jednej strony u wielu osób deklarujących się jako niewierzące i wręcz wyśmiewających chrześcijan za ich przekonania i wiarę w “bajeczki o bogu”. Wielu, nawet jeśli nie przyznaje się do wiary w przesądy, mimo wszystko, dla pewności, woli odpukać w niemalowane, nie przechodzić pod drabiną i z zasady unikać numeru trzynastego. Absurdy te sięgają czasami tak daleko, że np. Lufthansa, w trosce o komfort psychiczny pasażerów, zdecydowała się usunąć ze swoich samolotów trzynasty rząd siedzeń i po dwunastym następuje od razu czternasty (oczywiście chodzi tylko o numerację, rząd trzynasty nadal jest rzędem trzynastym, nawet jeśli podpisany jest numerem czternastym). Tak jakby w momencie katastrofy miał spaść tylko ten jeden rząd.

Przykładów można mnożyć wiele. Niewitanie się przez próg, początkowo związane z wiarą w złe moce wdzierające się do domu, stało się dzisiaj wręcz standardem savoir-vivre’u; nietaktem i sprowadzaniem pecha jest niekupienie kalendarza od kominiarza (z czego kominiarz, który możliwe, że nigdy w życiu komina nie widział, skrzętnie korzysta), czerwona wstążeczka chroniąca przed urokami powszechnie noszona jest przez zachodnie gwiazdy filmowe i muzyczne, a bez trzymania kciuków drużyna której kibicujemy nie jest w stanie wygrać. Oczywiście nikomu nie trzeba przypominać, że matury nie da się zdać bez czerwonej bielizny i kopniaka w tyłek. Aha! No i za nic w świecie nie wolno podziękować, gdy ktoś nam życzy dobrego wyniku. Wtedy się wszystko zapesza i nawet kopniak i czerwone stringi nie dadzą już rady. Na koniec horoskopy; czytane przez osoby, które wsłuchują się w TEDexowych mówców motywacyjnych, z drugiej strony przyznają, że wszystko i tak zapisane jest w jakichś gwiazdach i w sumie od nas niewiele zależy. (Ciekawostka: czy wiesz, że na skutek niedokładności kalendarza i koślawości gwiazdozbiorów, dzisiejsze astronomiczne znaki zodiaku są przesunięte nawet o miesiąc w stosunku do tych tradycyjnych?).

Czasami wiara w przesądy przybiera bardziej zawoalowaną formę. Zdarza się, że uczniowie na egzaminy biorą ze sobą jakąś szczęśliwą maskotkę, która rzekomo ma im pomóc zdać. Innym razem będzie to z pozoru niewinny rytuał zapewniający pomyślność. Często takie przynoszące szczęście rytuały spotykamy poznając nawyki sportowców, którzy np. zawsze zaczynają wiązać buty od lewego, albo przed przystąpieniem do zawodów wykonują jakieś określone ruchy czy czynności. Oczywiście, czasami mają one swoje uzasadnienie fizyczne (np. pozwalają się rozluźnić mięśniom) lub psychiczne (pozwalają się lepiej skoncentrować, skupić na nich myśli) lecz z całą pewnością nie są wartością samą w sobie i nie ma w nich ani krzty nadprzyrodzonej mocy. Wydaje mi się, że takich zawoalowanych form wiary w różnego rodzaju stworzone przez siebie przesądy możemy znaleźć bardzo dużo.

 

Wierzący (we wszystko) katolik

Co ciekawe, praktykowanie różnego rodzaju wierzeń wielu ludziom nie kłóci się wcale z wyznawaną przez nich wiarą. Z dzieciństwa pamiętam przypadek siostry zakonnej, która widząc burzową chmurę brała specjalny dzwonek i dzwoniąc nim biegała dookoła klasztoru, by odpędzić w ten sposób zagrożenie. Zaraz potem szła odmawiać nieszpory i wysławiać tego, który jest Panem zarówno jej, jak i tej chmury, a nawet zaczarowanego dzwonka. Również sytuacja ze wstępu, która rzeczywiście miała miejsce, pokazuje mi, że łączenie wiary z zabobonem jest naprawdę bardzo powszechne i w świadomości ludzi nie wywołuje żadnego zgrzytu intelektualnego. Po przeprowadzeniu się do Krakowa zadziwił mnie zwyczaj zabierania do domu brzozowych gałązek zdobiących ołtarze w uroczystość Bożego Ciała. Nie znałem go wcześniej, ale dowiedziałem się, że podobno gałązka ma odstraszać złe moce i przynosić dobrobyt. Sytuacje takie pokazują, że tu nie chodzi tylko o zabawę i zwyczaj. To dodawanie pogaństwa do katolickich obrzędów, a nawet liturgii.

Co więcej, takie łączenie pogaństwa z katolicyzmem ma miejsce w Polsce, tysiąc lat po przyjęciu przez nasz naród chrztu. Zasłaniamy lustra w domu, w którym leży ciało zmarłego, bo nie daj Boże się przejrzy (cokolwiek to znaczy) i wtedy coś się złego podzieje, w czasie burzy wystawiamy do okna gromnicę (lub palmę w zależności od tradycji), traktując ją jak magiczny talizman, na szyi nosimy krzyż i traktujemy go jako amulet, który ochroni nas przed zakusami złego, a wielkosobotnie błogosławieństwo pokarmów nie jest ważne, jeśli choć kropla wody nie spadnie na nasz koszyk.


Jeszcze śluby, czy już szwaćby

Bardzo lubię śluby i wesela. Nie raz powtarzam, że małżeństwo jest najlepszą rzeczą jaka mi się w życiu przytrafiła. Cieszę się na widok nowożeńców i zawsze szczerze życzę im wszystkiego, co najlepsze. Obserwując ogrom przeróżnych tradycji, zarówno tych przywleczonych z zachodu, jak i naszych rodzimych, zastanawiam się jednak czasami czy biorę udział jeszcze w katolickim ślubie, czy już w słowiańskiej szwaćbie.

Aby ślub był ważny muszą zostać wypowiedziane dwie rzeczy. Po pierwsze, przysięga małżeńska przez małżonków. Po drugie, sakramentalne “Ale pogoda to im się (nie)udała”, wypowiedziane przez jednego z gości. Jedna z panien młodych, na uwagę mówiącą o pięknej pogodzie, odpowiedziała: “A bo wystawiłam buty na parapet. Niby w to nie wierzę, ale w razie czego wolałam nie zapeszyć.” Wcześniej oczywiście państwo młodzi wzięli ze sobą coś niebieskiego, pożyczonego, nowego i starego, a przy wyjściu z kościoła „jeszcze ryżem sypnęli na szczęście” i dzięki Bogu udało się rozbić kieliszki przy wejściu do lokalu. Gdy kieliszki się nie rozbiją, to szczęście z ryżu chyba się kasuje. Nie wiem, nie jestem pewny, ale tak podpowiada mi intuicja. Im było bliżej do „białego rana”, tym kolejnych wróżb i przesądów było więcej i więcej.

Gdy z moją żoną planowaliśmy nasze wesele, staraliśmy się odrzeć je z wszystkich bezsensownych, związanych z wróżbami zwyczajów. Nie piliśmy wódki i wody przy wejściu na salę, nie rzucaliśmy kieliszkami, zastrzegliśmy, by nie było żadnego ryżu itd. Dzisiaj nieco jeszcze żałuję, że nie zrezygnowaliśmy z  oczepin (choć jako forma zabawy wyszły one całkiem nieźle). Gdybym dzisiaj organizował wesele, to o północy po prostu nic szczególnego by się nie wydarzyło.

… a diabłu ogarek

Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek – mówi staropolskie przysłowie, i jak większość przysłów zawiera w sobie wiele prawdy. Perspektywy bowiem mamy dwie.

  • Jeśli jesteś osobą niewierzącą, to raczej nie uznajesz żadnych sił wyższych, które rządzą światem i naszym życiem. Wszelkie horoskopy, taroty, zabobony, zwyczaje i przesądy mogą być zatem co najwyżej formą głupiej zabawy, a branie ich choć trochę na serio jest objawem umysłowej i światopoglądowej schizofrenii.
  • Jeśli jesteś osobą wierzącą (a z perspektywy takiej osoby to piszę) i wierzysz w gusła, to tym gorzej dla Ciebie, bo wewnętrzna hipokryzja jest w tym przypadku jeszcze większa. Jeśli jesteś jak kobieta z historyjki z pierwszego akapitu i twierdzisz, że obrzęd liturgiczny sprowadzi na Ciebie pecha, a następnie bez zawahania przystępujesz do Komunii, to pojawia się pytanie – co, albo kto, ma być przyczyną tego pecha? Jeśli Bóg, to należy zastanowić się w jakiego w takim razie Boga wierzysz. Jeśli natomiast miałaby to być jakaś inna, bliżej niezidentyfikowana siła, to czemu ufamy jej bardziej aniżeli Panu wszechświata?

Stary Testament nie patyczkuje się w nazywaniu takich postaw.


Także przeciwko każdemu, kto się zwróci do wywołujących duchy albo do wróżbitów, aby uprawiać z nimi nierząd, zwrócę oblicze i wyłączę go spośród jego ludu.

Księga Kapłańska 20,6


Takich fragmentów używających wciąż tego samego porównania z nierządem jest dużo więcej. Wszystkie zaś mówią jedno – chodzenie do wróżki, wiara w karty tarota, horoskop, pech związany z liczbą trzynaście lub czarnym kotem, czy szczęście związane ze słonikiem z podniesioną trąbą jest takim samym odstępstwem od Boga, jak w przypadku małżeństwa jest korzystanie z usług prostytutki. Wierząc w takie rzeczy uprawiamy duchowy nierząd, duchową prostytucję! Nie można mówić żonie, że się ją kocha, a chwilę później korzystać z usług pani stojącej przy drodze. Nie można mówić, że jest się osobą wierzącą i ufającą Bogu, a chwilę później wierzyć w jakąś inną siłę wyższą, która mocniej niż sam Bóg kieruje naszym życiem.

Co więcej, nawet pokładanie wiary w przedmiocie jakim jest gromnica, krzyżyk, czy pobłogosławiona palma również jest duchowym nierządem! Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko sakramentaliom, czy wystawianiu gromnicy w czasie burzy, ale nie traktujmy tego jako zaklęcia magicznego. Niech to będzie tylko i wyłącznie wyrazem naszej wiary w boską opiekę. Bóg nie jest magiem, kapłani to nie są jego czarownicy, medaliki i inne rzeczy pobłogosławione to nie amulety. One same w sobie nie mają żadnej mocy. To Bóg jest jedynym źródłem dobra, jedynym źródłem błogosławieństwa i tylko od Niego możemy otrzymywać łaski.


Myślmy!

No i znów wracamy do myślenia! Ono naprawdę ma przyszłość i ułatwia życie. Nie róbmy nic bezmyślnie, nie róbmy nic dla zasady. Jestem świadom, że pewnie większość osób praktykuje różnego rodzaju przesądy nieświadomie, albo traktuje je jako formę zabawy.

Tym mocniej zatem namawiam – jeśli ktoś lub coś (np. zwyczaj) nakłania cię do tego, by wykonać jakiś gest, wypowiedzieć jakąś formułę, uwierzyć w jakąś przepowiednię – zastanów się trzy razy. A potem dla pewności zastanów się czwarty raz. Lepiej stracić czas na myśleniu, niż bezmyślnie zostać prostytutką. Nawet jeśli przez chwilę mielibyśmy się przy tym dobrze bawić.

2 komentarze

  • Ochman

    Podpisuje się pod tym tekstem. Ja na ślubach nie rozumiem jak po udzielonym przez rodziców błogosławieństwie młodych w domu, przyszły pan młody czeka aż w kościele Ojciec przyprowadzi mu pod ołtarz wybrankę serca. Nie przemawiają do mnie żadne argumenty…
    Kapłan wychodzący przywitać i zaprosić młodych do kościoła jest dla mnie na tyle pięknym symbolem, że nie potrafię pojąć jak można rozpocząć msze ślubna inaczej – ale to tylko moje odczucia.
    Nie do końca też łapię czemu oczepiny są „złe”? W moim rozumieniu, zawsze chodziło o to, by matka przekazała biały welon – czystość swojej córki – swojemu zięciowi. Głupie zabawy czy to mają miejsce podczas oczepin czy w jakim kolwiek innym miejscu wesela pozostają dla mnie głupimi zabawami.

    Noi dumnie stwierdzam, że sypania ryżu (lub gorszy) nie było, goście uszanowali prośbę o nie klaskanie podczas mszy, a podczas wesela „gorzko gorzko” pojawiło się tylko raz 🙂

    • arkadiusz

      O tym wprowadzaniu panny młodej też mam podobne odczucia i w ramach cyklu o przysiędze małżeńskiej (który cały czas mam w głowie) na pewno o tym też napiszę. Mnie się to z kolei kojarzy trochę z transakcją sprzedaży. Jest sprzedawca, jest kupiec i ubijają interes przekazując „towar”.

      Co do oczepin – chodziło mi właśnie o zabawę polegającą na „wywróżeniu” kto jako kolejny weźmie ślub, choć wiem, że tradycja oczepin jest zupełnie inna niż obecnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *