Tylko lepiej

Przed przysięgą – #01 Przysięga małżeńska

Wpis ten jest wstępem do serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Na początku chciałbym skupić się na słowach, które padają tuż przed przysięgą wypowiadaną przez małżonków, a które to słowa już wskazują kierunek, w którym powinno rozwijać się małżeństwo. Powyżej, możesz go posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć w formie filmu na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ

Skoro zamierzacie zawrzeć sakramentalny związek małżeński, podajcie sobie prawe dłonie i wobec Boga i Kościoła powtarzajcie za mną słowa przysięgi małżeńskiej.


Zamiast historyjki

Ludzie w różny sposób zachowują się na własnych ślubach. Największy odsetek stanowią osoby stresujące się. W końcu często właśnie wtedy pierwszy raz są na świeczniku i wszyscy na nich patrzą; niektórzy boją się utraty wolności, o której tyle się nasłuchali (więcej na ten temat napisałem TUTAJ) i przez to dostają szczękościsku, a na zdjęciach zapamiętani są z wielkimi wystraszonymi oczami; jeszcze inni wzruszają się, a ich łamiący się głos powoduje lekki niepokój u rodziny i gości, bo w końcu nie wiadomo czy dadzą radę odpowiednie słowa do końca wypowiedzieć. Ja należałem do grupy, która się cieszy. Przysięgę wypowiedziałem z uśmiechem na ustach patrząc na moją Ukochaną. W końcu czekałem na to tak długo! Z drugiej strony był we mnie autentyczny lęk, bo byłem świadom tego, na co się piszę i jakie słowa wypowiadam. Przecież zaraz wstąpię w sakramentalny związek małżeński i wobec Boga i Kościoła wypowiem najbardziej wymagającą przysięgę w moim życiu. Przysięgę, o której wiem, że na pewno jej nie podołam.


Sakramentalny związek małżeński

Małżeństwo jest sakramentem. Niby to takie oczywiste, a nie do końca jasne. No bo w końcu czym w praktyce różni się małżeństwo sakramentalne od małżeństwa niesakramentalnego? W jednym i drugim przypadku małżonkowie powinni o siebie dbać, kochać i wspierać się nawzajem. W jednym i drugim przypadku może powstać rodzina, mogą urodzić się kochane i kochające dzieci, a małżonkowie mogą wspólnie doczekać starości. Co więcej, w obydwu przypadkach związek może się rozpaść już po roku, a sam fakt wypowiedzenia przysięgi przed kapłanem, a nie urzędnikiem, nie daje żadnej gwarancji na szczęśliwe życie ze sobą.

W sakramentalności małżeństwa uderza mnie kilka rzeczy. Po pierwsze to, że sakramentem jest całe małżeństwo, a nie tylko moment ślubu. Sakrament małżeństwa jest stanem, a nie wydarzeniem. Całe zatem życie małżonków, wszystko co razem robią, a także to jak za sobą tęsknią, gdy się nie widzą, ich codzienność, kłótnie, wybieranie mebli do domu, seks, pite razem wino, wychowywanie dzieci i wspólne starzenie się – to wszystko jest sakramentem. Sakrament zaś to (jak pamiętamy z podstawówki z lekcji religii) widzialny znak niewidzialnej łaski.

Tutaj pojawia się druga rzecz, która mnie dotyka w tych słowach wypowiadanych przez kapłana tuż przed przysięgą małżeńską. Jest nią ogromne zobowiązanie, które małżonkowie zaciągają na siebie decydując się na tzw. ślub kościelny. Skoro małżeństwo jest sakramentem, czyli widzialnym znakiem łaski Boga, to wszystko co czynię w małżeństwie powinno na tego Boga wskazywać. Jeśli moje małżeństwo nie jest znakiem Boga, jeśli nic nie robię w tym kierunku by takie właśnie było, to w pewien sposób zaprzeczam temu, czym ten związek w ogóle powinien być. Znak drogowy, który nie wskazuje właściwej drogi może przyczynić się do katastrofy. Małżeństwo sakramentalne, które nie wskazuje Boga, staje się katastrofą.

Są jednak pary, na które bardzo lubię patrzeć. Wszystkie one są w pełni świadome tego, że to, co jest między nimi, to dużo więcej niż jakiś kontrakt. Wiedzą, że to łaska Boga, a oni są znakiem tej łaski. Wiedzą, jak wielkie jest to zobowiązanie, ale są też świadome, że z drugiej strony jest to ogromne szczęście. To trzeci aspekt sakramentalności małżeństwa, który mnie porusza. Przysięga, którą wypowiedziałem ponad trzy lata temu jest nie do udźwignięcia i nikt jej nie podoła. Im dłużej o niej myślę, tym mocnej uświadamiam sobie, że jest ona bardzo piękna, ale niesamowicie wymagająca. Powiem więcej! Jestem doskonale świadom tego (i byłem świadom w momencie ślubu), że nie jestem w stanie sam jej wypełnić. I w tym miejscu wkracza On (oczywiście cały na biało) – Bóg, który mi mówi, że ten związek, który właśnie z Anią zaczynamy jest czymś świętym, jest czymś, co on może wypełnić swoją łaską, jest relacją, w której budowaniu On nam pomoże. Przysięga małżeńska jest nie do udźwignięcia przez człowieka. Jeśli dźwigasz ją sam, a nawet jeśli dźwigacie ją razem, we dwoje – jest przede wszystkim ciężarem. Jeśli jednak w to dźwiganie włącza się Bóg, wtedy jarzmo staje się słodkie, a brzemię lekkie.


Podajcie sobie prawe dłonie

Jest to moment, który bardzo lubię. Narzeczeni już wiele razy mieli okazję się nawzajem głaskać, całować, dotykać, część z nich współżyć ze sobą, ale mało było okazji, kiedy stali naprzeciw siebie przez kilka minut i ściskali sobie dłonie. Jeśli do tego dołożymy mieszankę nietypowego układu kościoła, klęczników, stopnia przed ołtarzem, stresu, nowości całej sytuacji i oczywistego braku wcześniejszych prób, to dochodzi do zabawnych sytuacji, jak ta, kiedy młoda para sama przewiązywała sobie ręce stułą, bo kapłan zwyczajnie tak daleko nie sięgnął. Moment ten, mimo że czasami zabawny, uczy mnie jednak bardzo wiele o moim małżeństwie.

Przede wszystkim wskazuje on na równość małżonków. Dłonie ich splata stuła – znak działającego Boga. Oprócz nich nikt inny nie bierze udziału w tej przysiędze. Nawet kapłan podpowiadający słowa przysięgi spełnia funkcję administracyjną, ale nie jest żadną jej stroną. Są tylko oni, zupełnie równi i wolni. Równi. Zauważmy, że Kościół podkreśla równość kobiety i mężczyzny choćby w takich znakach. Co więcej – znaki te w Kościele są od wieków i były dużo wcześniej niż feministki walczące o równe prawa w zakresie swobód obywatelskich. Przez zawarcie małżeństwa powstaje rodzina. Rodzina, która ma głowę, a głową rodziny jest mąż i żona. Nie tylko mąż, nie tylko żona, rządząca z tylnego siedzenia. On i ona – razem.

W tym miejscu muszę poczynić pewną dość dużą dygresję. Pod jednym z moim poprzednich wpisów mój kumpel napisał, że nigdy nie zrozumie zwyczaju wprowadzania panny młodej do kościoła przez ojca. Ja też nigdy tego nie rozumiałem i choć przyjmuję argumenty osób, które się na to zdecydowały, dla mnie są zbyt słabe. Co więcej! Takiej formy przybycia do ołtarza nie przewidują katolickie obrzędy ślubne. Obrzędy mówią, że małżonkowie do ołtarza przychodzą razem. Może jest to nieco brutalne porównanie, ale zwyczaj wprowadzania panny młodej i przekazywania jej przez ojca przyszłemu mężowi kojarzy mi się z kupcami dobijającymi targu przy straganie. Jeden przynosi (przyprowadza) towar, schodzą się, uzgadniają wymianę, a następnie podają sobie dłonie na znak ubitego interesu. Kobieta w tym przypadku sprowadzona jest do roli przedmiotu, który przechodzi z rąk jednego właściciela do rąk kolejnego. Nie przemawia do mnie też argumentacja, że oto kobieta przechodzi spod opieki ojca pod opiekę męża. Jeśli kobieta wymaga opieki ojca, to znaczy, że nie była do tej pory na tyle samodzielna, by wstąpić w małżeństwo i może powinna się zastanowić, czy decyzja którą podejmuje jest odpowiedzialna. Co więcej, jeśli nadal wymaga opieki, ale tym razem ze strony męża, to znaczy, że nadal nie jest samodzielna, a na dodatek – na pewno przyszłemu mężowi nie jest równa. W tym miejscu warto dodać, że zwykle przed ślubem ma miejsce moment błogosławieństwa dzieci przez rodziców. I nie, nie jest to symboliczny moment wypuszczenia dzieci z domu. One powinny wyfrunąć zdecydowanie wcześniej. Jest to moment, w którym rodzice, będący osobami, które w sposób szczególny mają przywilej błogosławienia dzieci, proszą Boga, by czuwał nad nimi. Dziwi zatem fakt, że dopiero pobłogosławione razem dzieci nagle się rozdzielają, udają osobno do świątyni i tam udają, że w tym dniu widzą się po raz pierwszy.

Małżonkowie są równi i wolni. Dlatego sami przychodzą do świątyni i wspólnie stają na jej progu bez niczyjej asysty, a następnie, by jeszcze bardziej podkreślić tę równość, wyciągają ku sobie dłonie, tak jak prezydent wyciąga dłoń w stronę nieba, tak jak żołnierz wyciąga dłoń w stronę sztandaru wypowiadając swoją przysięgę, tak oni wyciągają dłonie ku sobie, bo sobie nawzajem ślubują i razem, w równym stopniu, tworzą rodzinę.


Wobec Boga i Kościoła

To, że przysięga wypowiadana jest wobec Boga już na początku tego wpisu nieco opisałem. Poświęcę temu jeszcze jeden, osobny wpis, gdy dotrę do jej końca. Sprawą, którą uświadomiłem sobie dopiero po ślubie jest natomiast to, że wypowiadana jest ona również wobec Kościoła. A to oznacza, że nie tylko Bóg ma prawo rozliczać nas z wypowiedzianych słów. Również Kościół ma prawo do tego, by upomnieć mnie, gdy złożonej przysiędze nie będę wierny. Prawo takie ma kapłan pouczający w konfesjonale, prawo takie ma kapłan również poza nim. Prawo takie mają mój tato i moja mama, prawo takie mają moi bliscy i przyjaciele. Prawo takie ma cały Kościół.

Dlatego na koniec proszę – jeśli kiedyś zawalę, złamię moja przysięgę i nie będę tego żałował – Kościele upomnij mnie, rodzino upomnij mnie, znajomi upomnijcie mnie, bo nie tylko wobec Boga ją złożyłem, ale również wobec Was.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *