Wielkie opowieści
Na początek historyjka
Kilkadziesiąt lat temu, w pierwszej połowie minionego wieku, w jednej z polskich wsi żył Franio. Dokładnie tak – Franio; nikt nigdy nie zwracał się do niego w inny sposób. Franio był radosnym dzieckiem, miał trzy starsze siostry, a życie mijało mu dokładnie tak, jak rówieśnikom z innych wiosek. Jego najbliższa rodzina żyła skromnie, ale była pracowita. Jako najmłodszy w rodzinie Franio dostawał wszystko na samym końcu. Jego siostry miały już piękne suknie, które ubierały przede wszystkim w niedzielę do kościoła. Franio dostał też już swój pierwszy garnitur. Wciąż jednak nie miał butów – na te dopiero czekał. Pewnego dnia Franio wraz z matką i starszymi siostrami pojechał zrobić sobie rodzinne zdjęcie, które następnie wyślą ojcu pracującemu za granicą na robotach. Na miejscu okazało się, że Franio jako jedyny nie ma butów i z pewnością będzie to widoczne na zdjęciu. Jako bystry dzieciak szybko wymyślił rozwiązanie. Prędko wsunął gołe stopy pod brzeg dywanu i w ten sposób zakamuflował ten brak. Kilkadziesiąt lat później wnuk Frania założy blog Szary na białym i patrząc na powstałe wtedy zdjęcie – opisze na nim tę historię.
Nasze małe historie
Każdy z nas skądś pochodzi. Wszyscy mamy dwójkę rodziców, czwórkę dziadków i ósemkę pradziadków. Gdy zaczniemy zagłębiać się w nasze drzewo genealogiczne, uświadomimy sobie jak ono jest ogromne i ile ludzkich losów ono splata. Są to tysiące osób, a każda z nich opowiada własną historię i niesie własne przeżycia. Ogromnym szokiem był dla mnie moment, w którym uświadomiłem sobie, że właśnie suma tych wszystkich zdarzeń, spotkań, doświadczeń sprawiła, że znalazłem się na tym świecie. Co by było, gdyby mój praprzodek nie poznał mojej praprzodkini i nie mieli dzieci? Co by było, gdyby moi pradziadowie nie zostali wyswatani (może nawet siłą) przez swoich rodziców? Moje drzewo genealogiczne by nie powstało, a tym samym nie byłoby mnie.
Czy gdyby Franio z historii na początku pochodził z dużo bogatszej rodziny, takiej, którą byłoby stać na wiele par butów dla niego, to czy poznałby moją babcię? Pewnie nie. To kim jesteśmy, nawet to jak wyglądamy, jest sumą niezliczonych, małych historii. To właśnie te wszystkie małe historie członków naszych rodzin sprawiły, że jesteśmy, kim jesteśmy. To właśnie te historie, w tym też takie, które nie zawsze są piękne, radosne i chwalebne, tworzą naszą tożsamość.
Całkiem niedawno odwiedził nas znajomy. Jest to jeden z tych znajomych, z którym lubimy poznawać nowe smakowe przestrzenie w formie płynnej i procentowej. Siedząc tak i popijając, znajomy mój zaczął opowiadać historię swojej rodziny. Przez pół godziny słuchałem o dziadkach i pradziadkach walczących w powstaniach i kolejnych wojnach. Historia ta niezbyt mnie nie pasjonowała. W końcu to nie była moja historia. Moja żona chyba nawet zaczęła drzemać, jako że już dawno minął moment, w którym miało się ku wieczorowi. To co mnie jednak fascynowało, to błysk w oku mojego rozmówcy. Dla niego ta historia, odkrywanie losów przodków, odnalezienie munduru dziadka, jego wojennego pamiętnika było czymś, co mówiło mu kim on jest, skąd pochodzi. To wszystko mówiło mu, że nie jest na tym świecie anonimowy, że ma bardzo konkretną tożsamość. I nie będzie przesadą jak napiszę, że w pewien sposób te historie go stworzyły. Więcej, mam wrażenie, że one wciąż go stwarzały, gdy tak je opowiadał, a powietrze stawało się gęste od wspomnień.
Wielkie opowieści
Historie rodzinne z jednej strony mówią nam kim jesteśmy, a z drugiej strony, poprzez opowieści snute przez starsze pokolenia, pozwalają się jednoczyć rodzinom. Są one niesamowicie ważne w budowaniu naszej indywidualnej tożsamości, a także w procesie wzmacniania więzi rodzinnych. Mają one jednak ograniczony charakter. Słuchanie o przodkach mojego znajomego nie mówiło mi nic o mnie samym, a opowieści o Franiu z pewnością nie wywołają takich uczuć u czytelników mojego bloga jak u mnie. Są jednak historie, które stają się ważne dla całych grup, narodów, a nawet całej ludzkości.
Nazwijmy je wielkimi opowieściami, bo zwykle traktują o rzeczach wielkich i co więcej – mają równie wielką moc. Jeśli o małych rodzinnych historiach możemy powiedzieć, że nadają nam naszą tożsamość, to wielkie opowieści nadają tożsamość już całym grupom, społecznościom i narodom. Co więcej – one tworzą te grupy, narody i społeczności. Czymże byłaby Polska bez opowieści o Mieszku, Grunwaldzie, Sobieskim, bez opowieści o powstańcach i bohaterach dwóch wojen światowych. Bez tego wszystkiego bylibyśmy z pewnością grupą, która ma jakiś cel, pewną organizacją, ale na pewno nie bylibyśmy narodem. To właśnie te wielkie opowieści mówią nam co nas łączy, stają się duchowym drzewem genealogicznym z którego wyrastamy. Bez tego drzewa jesteśmy jak bez korzeni, łatwiej nam uschnąć.
Wielkie opowieści mają moc tworzenia nowych wspólnot! Spójrzmy na historię Izraela i wielką opowieść o ich wyjściu z Egiptu. Wielka historia paschy ukonstytuowała nowy lud. To właśnie do tego wydarzenia później co roku wracali, to wydarzenie z ludzi zrobiło lud.
Powiem więcej – wydaje mi się, że opowieść jest warunkiem koniecznym do zaistnienia wspólnoty. Boli mnie zatem bardzo mocno to, że dzisiaj od opowieści i symboli (które wskazują na te opowieści) odchodzi się, albo, co więcej, bezcześci się je lub modyfikuje i nagina pod własną narrację. Przykładów dostarczają nam prawie codziennie różnego rodzaju media.
Czy każda opowieść może stać się wielką opowieścią? Z pewnością nie. Nie potrafię powiedzieć dlaczego niektóre historie mają większą moc niż inne. Z całą pewnością wielka opowieść musi mówić o wielkich czynach. Zauważmy, że wiele środowisk wciąż szuka swojej wielkiej opowieści, bo mniej lub bardziej świadomie czują, że jest ona niezbędna. Każda grupa, która chce zostać wspólnotą ludzi, a nie tylko wspólnotą interesów, musi znaleźć wielką opowieść, która ją połączy przez duchowe drzewo genealogiczne. Jeśli takiej opowieści nie ma – chyba samemu trzeba ją napisać, a to jest bardzo trudne.
Kolejne trudności napotykają osoby, które nie odnajdują się w opowieści danego narodu, czy społeczności z tej prostej przyczyny, że z niej nie pochodzą. Japończyk przyjeżdżający do Polski i chcący tutaj żyć staje przed niezwykle trudnym zadaniem wszczepienia się w duchowe drzewo genealogiczne pełne potyczek, wojen, bohaterów i legend, z którymi nie miał nigdy nic wspólnego. To nie jego przodkowie walczyli w tych wojnach i nie o jego przodkach mówią nasze wielkie opowieści. Podobny problem z całą pewnością napotykają teraz np. czarne społeczności na zachodzie. Historie o kolonializmie, rewolucjach, cesarstwach i królach nie są ich opowieściami. Jeśli takie społeczeństwa chcą pozostać wspólnotami muszą znaleźć taką opowieść, która połączy różne ich odłamy. Póki co takie próby, niestety, kończą się niepowodzeniem. Niepowodzenia te sugerują z kolei inną ścieżkę – wymazania i zapomnienia już istniejących historii, jako narzędzi, które tworzą podziały. Wydaje się jednak, że ta droga jest jeszcze gorsza.
Mity i legendy
Co ciekawe, gdy tak obserwuję ludzi, zauważam, że nie tylko wydarzenia historyczne, które urosły w wielkie opowieści mają moc tworzenia, a także umacniania wspólnot. Popatrzmy na takiego smoka wawelskiego. Dla turystów jest to tylko atrakcja, przy której można zrobić sobie zdjęcie i przypomnieć historyjkę z dzieciństwa. Ale dla Krakowian on jest już nasz. I jest bardziej nasz niż warszawska syrenka, czy gdański Neptun. Smok wawelski staje się czymś, co wyróżnia pewną społeczność i ją cementuje. I to jest oczywiste, że warszawska syrenka, choć całkiem ładna i przyjemna, to do takiego smoka w Krakowie się nie umywa, a gdyby nawet w jakiejś legendzie się spotkali (to by był dopiero crossover!) to smok byłby w stanie schrupać ją na śniadanie, bo w Krakowie krakowski smok jest najlepszy!
Spójrzmy też trochę szerzej choćby na greckie mity – jakoś nam do nich bliżej niż do japońskich legend. Sprawiają one, że wspólnota europejska, choć dużo słabiej niż ta rodzinna, czy narodowa, ale jednak łączy się we wspólnej opowieści, z której w duchowy sposób wyrasta. Opowieść ta może nie jest prawdziwa, ale jest wielka i jest nasza.
Największa opowieść
Spośród wszystkich opowieści jakie nasza cywilizacja przechowuje wyróżnić można jedną, która jest szczególna. Największą opowieść. Jest to opowieść o Jezusie Chrystusie. Nawet osoba niewierząca musi przyznać, że żadna opowiadana przez wieki historia nie miała takiego wpływu na dzieje całego świata jak właśnie ta jedna. To od momentu narodzin Chrystusa zaczęliśmy liczyć czas, bez nauczania o równości przed Bogiem nie mogłaby tak szeroko zaistnieć demokracja, Chrystus stał się nawet ikoną popkultury, a przez całe stulecia był główną inspiracją dla artystów. To właśnie kościoły były budowlami, które pchały do przodu myśl architektoniczną, a prawdy niesione przez chrześcijaństwo stoją do dzisiaj u podstaw systemów prawnych większości krajów świata.
Największa opowieść spaja ze sobą całą ludzkość, bo dzieło Chrystusa obejmuje wszystkich. Krzyż jest symbolem pod którym może zjednoczyć się cały świat. Chrystus umarł za każdego, zbawił każdego i pokazał, że wszyscy mamy wspólne drzewo genealogiczne, bo wszyscy pochodzimy od jednego Ojca. Dzieło Chrystusa na nowo wszczepia nas w tę historię, która rozpoczęła się wraz z początkiem świata i nadal się toczy. Nie ma lepszej wspólnoty. Nie ma większej opowieści.
Żywa opowieść
Wielkie opowieści mają wielką moc, ale muszą być żywe. Muszą być wciąż opowiadane i przypominane, uobecniane i pokazywane. Czasami do samej historii należy dołączyć elementy, które sprawią, że w pewien sposób przywoływana opowieść stanie się teraźniejszością. Żydzi do dzisiaj uobecniają egipską paschę, poprzez odtwarzanie jej i spożywanie od tysiącleci tych samych potraw. W ten sposób opowieść ta zaczyna się dziać dookoła nas, nie jest tylko czymś odległym. Opowieści z naszego życia, zaczynają się dziać bardziej tu i teraz, gdy opowiemy je na stojąco i całym sobą pokażemy co się wydarzyło. Dzięki akademiom szkolnym ważne wydarzenia historyczne stają się bliższe uczniowi, niż gdy opowiadają o sobie na stronach nudnego podręcznika. Wielka opowieść nie tylko ma moc tworzenia wspólnoty, ma także moc ożywienia samej siebie i dziania się tu i teraz.
Co piękne – wielkie opowieści z czasem mogą stać się naszymi historiami, a nasze małe historie wpisują się w te większe i w ten sposób kontynuowane są one w kolejnych pokoleniach. Nie zrywajmy tej ciągłości, nie zapominajmy tych opowieści!
Pierwszego sierpnia tego roku, w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego napisałem na blogowym facebooku takie słowa:
Wielkie opowieści mają moc tworzenia wspólnoty. Wspólnota bez wielkich opowieści jest jak rodzina bez ojca, dziadka, drzewa genealogicznego. To największa z opowieści, opowieść o Chrystusie, stworzyła naszą cywilizację. To wielkie opowieści o bohaterach ginących za ojczyznę tworzą Naród. To opowieści o naszych pradziadkach cementują nasze rodziny. Dlatego tak ważna jest dzisiejsza rocznica, dlatego tak ważne są symbole jak pomnik Chrystusa sprzed Bazyliki św. Krzyża, dlatego tak ważna jest rozmowa z naszymi dziadkami o ich młodości. To one mówią nam kim jesteśmy, to one definiują naszą tożsamość. Wypieranie się ich i plucie na nie jest jak plucie na własną rodzinę.
Niniejszy wpis jest moją skromną próbą rozwinięcia tej myśli, która zrodziła się we mnie na jednej z toruńskich ulic, gdzie właśnie śpiewano powstańcze piosenki, a z drugiej strony echem wciąż odbijało się zbeszczeszczenie pomnika Chrystusa spod kościoła św. Anny w Warszawie. Wpis ten z pewnością nie jest i nigdy nie będzie wielką opowieścią. Mam jednak nadzieję, że zachęci Was do tego, żeby przy kolejnej wizycie u rodziców czy dziadków usiąść z nimi i po prostu ich posłuchać, dowiedzieć się skąd pochodzimy; by powspominać tych, którzy byli ważni dla naszych wspólnot, lokalnych społeczności, tych którzy zginęli za nasz kraj. By otworzyć Pismo Święte i po raz kolejny powrócić do największej z opowieści.
Zobacz również
Jak i na kogo głosować
17 czerwca 2020
Filozofia aborcji
18 października 2020