Ja – #02 Przysięga małżeńska
Podcast: Play in new window | Download
Subscribe: Apple Podcasts | Spotify | RSS
Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć w formie filmu na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Ja, Arkadiusz, biorę Ciebie, Anno, za żonę i ślubuję Ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.
JA. Od tego słowa zaczyna się najważniejsza przysięga w życiu. I już to pierwsze słowo napełnia mnie lękiem. O słowach przysięgi małżeńskiej myślałem kiedyś tyle co inni. Brałem udział w wielu różnych ślubach, czy to w rodzinie, czy śpiewając na nich w kwartecie, i może z powodu tej mnogości ta przysięga nawet mi trochę spowszedniała. Gdy jednak zbliżał się dzień mojego własnego ślubu, postanowiłem nad przysięgą małżeńską medytować. Chciałem, by gdy już podejdę do ołtarza, każde słowo, które wypowiem było całkowicie świadomym wyborem. Bym nie tylko powtórzył przysięgę za kapłanem, ale wypowiedział ją całym swoim sercem i z pełną świadomością. Gdy w rozmyślaniach stanąłem na jej początku i zatrzymałem się na tym pierwszym słowie, to zjeżyły mi się włosy na głowie. Uświadomiłem sobie, że nawet to JA jest straszliwie ciężkie i wymagające, a medytowanie nad tym i kolejnymi słowami to nie zadanie tylko na czas narzeczeństwa. Narzeczeństwo minęło, a ja nadal, z każdym dniem, odkrywam w tych słowach inspirację do tego kim mam być w relacji z moją żoną. I coś czuję, że materiału na medytację nie zabraknie mi do końca życia.
Ja, czyli kto?
Aby w pełni świadomie móc wypowiedzieć JA, trzeba najpierw wiedzieć kim jest ten JA. Tutaj zaczynają się schody. Na szczęście, nie są to schody, na które nie da się wspiąć. Trzeba się jednak czasami nieźle przy tym spocić. Wbrew pozorom, odpowiedź na pytanie kim jestem? nie jest taka prosta. Oczywiście, można pójść w wyuczone formułki – pracuję tutaj i tutaj, na stanowisku takim i takim, gdzieś tam mieszkam i pochodzę skądś tam. Tylko, że to nie jest odpowiedź na powyższe pytanie. To, jakie stanowisko zajmujesz w firmie, albo w jakim mieście się urodziłeś, nadal nie jest odpowiedzią na pytanie kim jesteś.
Nie będę udawał, że znam uniwersalną metodę poznania siebie. Nie ukrywam, że jest to droga nie tylko trudna, ale i samotna. O tym, kim jesteśmy, po części powiedzą nasi przodkowie. To w końcu oni dali nam życie i z nich pochodzimy. Jest to bardzo ważna część odkrywania siebie. (Więcej o tym pisałem TUTAJ). Nasi rodzice nie są jednak nami, a my nie jesteśmy nimi. Odkrycie samego siebie wymaga czegoś więcej. Jest to podróż w głąb siebie; podróż, której nikt za nas nie przejdzie. W czasie tej drogi będziemy musieli odkryć wszystkie najciemniejsze zakamarki naszego serca. Bez uczciwego spojrzenia na miejsca gdzie nie domagamy i na to, nad czym musimy jeszcze mocno popracować, nie poznamy naszej prawdziwej tożsamości. Bez przepracowania zranień i traum można żyć latami w kłamstwie wobec siebie. Z drugiej strony, jest to też ścieżka pokazująca wszystko co w nas piękne. I znów – tutaj także potrzeba ogromnej odwagi i szczerości, by rzeczywiście zauważyć ogrom dobra, który jest w każdym z nas. Bez kokieterii, bez sztucznej pokory. Ta część jest może nawet trudniejsza. Tacy już jesteśmy, że często patrzymy na siebie tylko krytycznym okiem, a prawie nigdy z podziwem. Bez takiego poznania siebie nie da się z pełną świadomością i odpowiedzialnością powiedzieć JA na początku przysięgi.
Oglądałem ostatnio serial, w którym kilkuletni chłopiec dowiedział się, że nie zna swojego ojca dlatego, że był on anonimowym gwałcicielem, a dziecko jest owocem tego gwałtu. Chłopiec ten w jednej ze scen zapytał mamę: Czy ja będę taki jak on? Wzruszyła mnie ta scena, bo w tych słowach była właśnie ogromna tęsknota za zrozumieniem kim ja jestem?. W tych słowach wybrzmiało pragnienie budowania własnego JA samemu. W tych słowach był lęk, że JA będzie musiało być trochę takie jak ON.
W innym serialu jeden z bohaterów powiedział z kolei: Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci. Choć ta scena, jak i cały serial, miały zdecydowanie komediową konwencję, to powyższe zdanie niesie ogromną mądrość. Nie da się odkryć kim jesteśmy, patrząc na innych. Nie da się budować własnego JA poprzez próby kopiowania innych. Nie da się budować własnej tożsamości, jeśli jest ona tylko kalką naszych idoli. Nie da się tego robić z innymi, próbując zaspokoić ich oczekiwania. Właśnie dlatego swoją tożsamość trzeba odkrywać samemu. Właśnie dlatego najlepiej robi się to przed tabernakulum, w ciszy kościoła, w ciszy swojego mieszkania, w ciszy swojego serca. To te momenty, kiedy jesteśmy sami, pozwalają na obserwację samego siebie, na badanie siebie, na odkrywanie kim jest ten człowiek, o którym mówię JA. W tym miejscu trzeba też podkreślić, że poznawanie własnej tożsamości to proces, który nie kończy się w momencie wejścia w małżeństwo, ale musi być kontynuowany przez całe nasze życie.
Mając to na uwadze, w naszym małżeństwie dajemy sobie z Anią zawsze trochę swobody. Staramy się, raz na jakiś czas (gdy tylko jedno z nas tego potrzebuje), podarować sobie nawzajem całe popołudnie. Wtedy to jedno z nas dostaje ten czas wyłącznie dla siebie i może go zaplanować jak tylko chce. Drugie zaś bierze na siebie wszystkie codzienne, domowe obowiązki i stara się po prostu nie przeszkadzać. Bardzo cenię sobie ten czas.
Jeśli chcemy zbudować jakieś MY, najpierw muszą być jednak dwa JA. Jeśli sam nie wiem kim jestem, to co ofiaruję mojej żonie? Jeśli małżeństwo polega na dawaniu siebie, to trzeba wiedzieć co się daje drugiej osobie. Żeby przypadkiem nie obdarować kogoś ładnie zapakowanym, ale pustym pudełkiem.
Ja, sam
Stając przed ołtarzem naprzeciw mojej Narzeczonej, stanąłem sam. To kolejna rzecz, którą uświadamia mi pierwsze słowo przysięgi. W przysiędze tej nie ma miejsca na mamę, czy babcię, które nie raz popychają swoje nieprzekonane dzieci i wnuki do ślubu. Co więcej, nie ma tu też miejsca na partnera (opcja bardzo rzadka), czy partnerkę (opcja najczęstsza), którzy czasami naciskają na to, by w końcu formalnie zatwierdzić związkową sytuację. Jeśli decyzja o zawarciu związku małżeńskiego nie byłaby moją autonomiczną decyzją, to już w pierwszym słowie przysięgi okazałbym się kłamcą.
Wydaje mi się, że śpiewając na ślubach nie raz widziałem właśnie takie pary. Ona prawie wniebowzięta. Gdyby nie długa suknia, to pewnie ujrzałbym stopy unoszące się 2 centymetry nad czerwonym dywanem. On z kolei wykonujący po prostu to, czego się od niego oczekuje. Robi swoje. Nie jest do tego przekonany, sam chyba nigdy nie podjąłby takiej decyzji, ale jak przystało na dzielnego mężczyznę – robi to! Dla świętego spokoju…
Przygotowując się do ślubu wiele razy pytałem siebie czy TY na pewno tego chcesz? Czy to na pewno jest TWOJA decyzja? Bo jeśli nie, to nie bądź kłamcą, nie mów, że sam bierzesz tę kobietę za żonę. Powiedz, że robisz to razem z mamą, babcią, czy po prostu społeczeństwem, które ma takie, a nie inne oczekiwania. Albo mów szczerze, albo nie mów wcale. Takie jest moje zdanie.
Ja, odpowiedzialny
Powyższe słowa mają dalej idące konsekwencje. Otóż przysięga małżeńska i wszystkie zawarte w niej stwierdzenia są wyłącznie moją odpowiedzialnością. Wszystko co wypowiedziałem w kolejnych słowach przysięgi to zobowiązanie, które na całe życie zaciągam na siebie. To zobowiązanie, które przez całe życie będę starał się spłacać. I co mnie bardzo porusza – to zobowiązanie, za które nie powinienem oczekiwać wzajemności.
Tak, wiem, przysięgę składają dwie osoby i obydwie wypowiadają to samo. Wiem też, że życie nie zawsze jest proste i znam wiele par, którym małżeństwo się posypało. Czy to jednak coś zmienia? Czy zdrada jednego z małżonków anuluje przysięgę drugiego? Nie, nie anuluje. Tekst przysięgi nie mówi: ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość, dopóki Ty będziesz robił/a to samo. Tekst przysięgi nie mówi też, że MY to ślubujemy i każde z nas może w dowolnym momencie cały kontrakt zerwać. Tekst przysięgi jest podzielony celowo na dwie części i każda z nich dotyczy konkretnej osoby. I jest ważna, nawet gdy druga strona nie trzyma się tej przysięgi.
Powiedzieć, że to trudne, to nie powiedzieć nic. Bo jak kochać kogoś, kto mnie już nie kocha?! Jak być uczciwym, będąc wciąż oszukiwanym? Jak być wiernym, gdy wiem, że nie jestem jedyny? Jak kochać kogoś od kogo się uciekło, bojąc się o własne zdrowie i życie? Mam nadzieję, że nigdy nie stanę przed takimi problemami. Mam jeszcze większą nadzieję, że nie stanie przed nimi moja żona. Ale tego wymaga właśnie ode mnie moja przysięga. Chcę kochać, być uczciwym i wiernym nawet w największym małżeńskim kryzysie. Bo ta przysięga ma tylko jedną opcję wyjścia – śmierć. Więc to nie ja, a Bóg decyduje kiedy mnie z niej zwolnić i z tego mnie kiedyś rozliczy. Mnie, nikogo innego.
Ja, jednak nie do końca sam
Gdy pisząc ten tekst doszedłem do tego momentu i przeczytałem wszystko co napisałem powyżej, stwierdziłem, że nie brzmi to dobrze. Na pewno nie brzmi to jak zachęta do wejścia w małżeństwo. Z drugiej strony, nie ma się co oszukiwać, że życie w małżeństwie to prosta sprawa. Bardziej doświadczeni małżonkowie z pewnością potwierdzą, że czasami to wręcz droga przez mękę. Droga, którą, jak wierzę, pomaga przechodzić właśnie przysięga małżeńska, która już od pierwszego słowa daje konkretne wskazówki jak nią kroczyć.
Jest jednak dobra nowina. Ostatecznie, w przysiędze małżeńskiej na szczęście nie jesteśmy sami. Bo jeśli spotyka się dwoje ludzi, którzy przeszli drogę odkrycia własnego ja i wciąż tę drogę kontynuują, ludzi, którzy biorą sami pełną odpowiedzialność za swój związek, którzy wiedzą co przysięgają, to wtedy zaczyna się robić naprawdę pięknie. Tacy ludzie budują małżeństwa, które nie zrażają się trudnościami, ale każdą z nich wykorzystują do tego, by jeszcze bardziej wzmocnić związek, by uczynić go jeszcze piękniejszym. Tacy ludzie znają swoje role i wiedzą, jak sobie nawzajem służyć, jak się sobie nawzajem ofiarować, jak obdarzać się miłością, nie patrząc na samego siebie. Tacy ludzie dają sto procent siebie w budowaniu relacji, a dzięki temu, że robią to razem, to również otrzymują pełnię zaangażowania współmałżonka. Gdy dwoje takich ludzi się spotyka, to nie ma bata – stają się najszczęśliwszymi mężem i żoną na świecie (przynajmniej we własnym mniemaniu).
Nawet oni jednak mogą czasami zawalić. W końcu jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Także tutaj pojawia kolejna dobra nowina. Wchodząc w małżeństwo powinniśmy mieć świadomość, że nawet we dwójkę nie damy sobie z tym wszystkim rady. W końcu nikt nie jest idealny, nikt nie potrafi w doskonały sposób kochać. I tu wkracza Bóg, Ten, który ma moc uzdrowić nawet największą ranę. Tu zaczyna dziać się to, o czym pisałem w moim poprzednim małżeńskim wpisie (do przeczytania TUTAJ) – zaczyna pojawiać się świadomość, że ja tej przysiędze sam nie dam rady, ale przecież tak ma być, bo mimo że zaczynam ją od JA, to nie jestem w niej sam.
Zobacz również
Przed przysięgą – #01 Przysięga małżeńska
19 sierpnia 2020
Wierność – #09 Przysięga małżeńska
9 listopada 2021