Biorę – #03 Przysięga małżeńska
Podcast: Play in new window | Download
Subscribe: Apple Podcasts | Spotify | RSS
Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Ja, Arkadiusz, biorę Ciebie, Anno, za żonę i ślubuję Ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.
Kilka razy zdarzyło mi się uczestniczyć w ślubie, który był zawierany pomiędzy osobami z różnych krajów. Bywało tak, że małżonkowie wypowiadali przysięgę w dwóch różnych językach. Samo w sobie było to dość ciekawym i niecodziennym wydarzeniem. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że nawet nie znając tego drugiego języka byłem w stanie stwierdzić, że przysięgi w różnych krajach brzmią nieco inaczej. I nie chodzi tutaj tylko o tłumaczenie poszczególnych słów. Niektóre przysięgi są dłuższe, a inne nieco krótsze, w niektórych pojawiają się pewne wyrażenia, a w innych nie. Kościół pozostawia tutaj pewną swobodę wspólnotom lokalnym i dlatego w każdym kraju małżonkowie składają nieco inne przyrzeczenia.
Każda z tych form ułożona jest jednak według podobnego schematu i jeśli chodzi o istotę, zawiera te same postanowienia. Każda z nich zawiera podmiot, orzeczenie i konkretne zobowiązania. W poprzednim wpisie podzieliłem się moimi przemyśleniami na temat słowa ja, czyli podmiotu przysięgi. Teraz nadszedł czas na orzeczenie; na słowo biorę.
Biorę, jak swoje?
Słowo to może sprawiać pewien problem. Jest w końcu dość suche i ma w sobie wręcz coś z brutalności. Można by sądzić, że mówiąc biorę nie zakładam w ogóle zgody tej drugiej strony, że po prostu przyszedłem po swoje, po to, co mi się należy. Chwała Bogu, że wypowiadają je obydwie strony, bo wypowiadane tylko przez mężczyznę już dawno zostałoby okrzyknięte symbolem patriarchalnego ucisku rzekomo promowanego przez Kościół.
Obrona tego słowa nie jest zatem łatwa, zwłaszcza że (jak przekonacie się w dalszej części wpisu) wcale nie musi się ono w przysiędze pojawiać. Uważam jednak, że to biorę zawiera w sobie bardzo wielką mądrość. Mądrość mówiącą o tym, czym w ogóle jest miłość i małżeństwo i absolutnie nie należy go zmieniać.
Jakiś czas temu na katolickich portalach pojawiał się artykuł sugerujący, że wyrażenia: moja żona albo mam męża są uprzedmiotawiające i niezgodne z katolickim duchem. Lepiej byłoby mówić: jestem mężem, jestem żoną. W końcu nie posiadamy nikogo na własność, a mówienie o drugiej osobie, że się ją ma, miałoby sugerować wyższość osoby mówiącej i wręcz pewnego rodzaju zniewolenie osoby, o której mówimy mój lub moja. Ten z pozoru bardzo poprawny przekaz zaczął mi się kłócić z tym co wypowiedziałem zawierając związek. Przeczytanie tego artykułu stało się dla mnie punktem wyjścia do rozmyślań o słowie biorę z przysięgi małżeńskiej. Przecież skoro bowiem wziąłem kogoś za żonę, to teraz tę żonę mam. Skoro moja żona wzięła mnie za męża to mnie ma. I wbrew pozorom to jest bardzo katolicki punkt widzenia.
Jabłko przecięte na pół
Od jakiegoś czasu uświadamiam sobie, że romantyczna miłość o której czytamy w powieściach i wierszach nie odpowiada miłości, którą ja chcę kochać. Utwory te bardzo często budowane są na motywie przeznaczenia. Czytając je, wpajamy sobie do głowy, że gdzieś tam, na drugim krańcu świata (albo wioski – zależy co czytamy), żyje nasza, tak zwana, bratnia dusza, druga połówka, osoba, z którą zbudujemy idealny związek, a cały nasz trud powinien być skupiony na tym, by tę miłość odnaleźć. Ponadto, miłość romantyczna jest taką siłą, że gdy już jej doświadczamy, to tak mocno ona na nas wpływa, że jesteśmy dla niej poświęcić wszystko.
Brzmi to wszystko z pozoru bardzo pięknie, ale szczerze mówiąc, jest trochę jak cała epoka romantyzmu – mocno spryskana perfumami, które usiłują przykryć smród próbujący wydostać się spod spodu. Takie wyłącznie romantyczne myślenie o miłości oznaczałoby, że w zasadzie nikt nie zbuduje dobrego związku, bo po pierwsze – najprawdopodobniej nigdy nie spotka tej jednej, prawdziwej miłości naszego życia; po drugie – nawet jeśli ją spotka, skąd będzie mieć pewność, że to właśnie ona? Załóżmy jednak, że mimo wszelkich przeciwności, niczym bohaterowie w filmie, niesamowitym zrządzeniem poznajemy tę jedną jedyną (lub jedynego) i żyjąc z nią uświadamiamy sobie, że w sumie to bycie razem nie jest naszym wyborem, że o wszystkim zadecydowało bliżej nieokreślone przeznaczenie lub bezosobowy los. Co więcej, filmy i utwory mówiące o miłości, chcąc podkreślić jej zniewalającą i potężną siłę, ukazują osoby, które usprawiedliwiając się miłością, poświęcają stworzone przez siebie wcześniej rodziny. Czy to naprawdę takie wspaniałe?
I tutaj wkracza nasze biorę. Słowo to zaczęło mnie zachwycać, gdy uświadomiłem sobie, co ono tak naprawdę oznacza i jakie ze sobą konsekwencje niesie. Żaden los nie zmusił mnie do kochania Ani i żaden los nie zagwarantuje nam szczęścia. Ale my tego nie potrzebujemy, ponieważ kochamy się dlatego, że chcemy, a nie dlatego, że musimy. Jak dla mnie, jest to dużo piękniejsza wizja miłości, niż mityczna druga połówka, którą należy odnaleźć. Uważam, że każdy z nas jest w stanie stworzyć wiele różnych, szczęśliwych związków z różnymi osobami. Dzieje się tak jednak nie dlatego, że los nam sprzyja, ale dlatego, że jak wiele w życiu – tutaj też wszystko zależy głównie od nas. Nie jesteśmy zatem przysłowiowymi dwoma połówkami jabłka, które muszą się odnaleźć. No chyba, że mówimy o koszu pełnym jabłek, z których wybieramy jedno. I to jedno jabłko staje się dla nas całym światem. Dzieje się tak z kolei dlatego, że tego chcemy, że je wybraliśmy, że je wzięliśmy, a nie dlatego, że nam je wciśnięto.
Ostatnią rzeczą, którą chcę w tym kontekście dodać jest to, że nie lubię już samego mówienia o tym, że jesteśmy jakąś połówką, czy drugą połówką. Słowo połówka zakłada przecież jakąś niekompletność, pewnego rodzaju upośledzenie, które zostaje zapełnione i naprawione dopiero po znalezieniu drugiej osoby. Jak dziura, którą ma puzzel, i którą może zalepić tylko drugi, bardzo konkretny. W poprzednim wpisie napisałem, że aby wejść w małżeństwo, trzeba poznać swoje JA. Tutaj napiszę jeszcze więcej – jeśli wchodzimy w małżeństwo głównie po to, żeby leczyć miejsca w których coś jest nie tak, miejsca w których jesteśmy puści, by uzupełnić naszą niekompletność, to nigdy nie będziemy szczęśliwi w małżeństwie. Tylko osoba, która chce dawać i nie otrzymywać nic w zamian stworzy szalenie szczęśliwy związek. Żeby jednak dać, trzeba coś mieć. Nie da się dawać przez całe życie będąc tylko połówką. Wchodząc w małżeństwo musisz być cały.
Wziąć, czyli przyjąć
Accipio. Dokładnie to słowo użyte jest w łacińskiej wersji przysięgi małżeńskiej. Przepięknie łączy ono dwa znaczenia, których nie sposób oddać jednym słowem w polskiej wersji przysięgi. Można je przetłumaczyć na dwa sposoby – jako wziąć, jak i przyjąć. Polscy tłumacze zdecydowali się na tę pierwszą wersję. W innych krajach jednak pojawia się niekiedy wersja mówiąca o przyjmowaniu kogoś za żonę, za męża. Myślę, że łaciński odpowiednik pięknie wskazuje na to, że niezależnie od tego w jakiej formie wypowie się to słowo, to tak naprawdę chodzi o jedno i to samo. Przyjmowanie, oddawanie, branie i ofiarowanie w piękny sposób przeplatają się ze sobą. To właśnie accipio nakazał Józefowi anioł, gdy ten chciał oddalić Maryję. To właśnie accipio uczynił Jan pod krzyżem przyjmując i biorąc ją później jako własną matkę. Accipio – biorę i przyjmuję.
Miły mój jest mój, a ja jestem jego.
Pieśń nad pieśniami 2,16
Powyższe słowa są dla mnie i dla Ani niesamowicie ważne. Zachwyciliśmy się nimi na etapie narzeczeństwa i są z nami do dzisiaj. Pojawiły się na naszych ślubnych zaproszeniach i wciąż mamy je przy sobie wygrawerowane na obrączkach. Ciągle przypominają nam, że właśnie tak chcemy razem żyć. Ja jestem jej, ona jest moja. Już nie należę do siebie, już nie chcę myśleć o sobie. Chcę być całkowicie dla niej, chcę by mnie wzięła, by przyjęła mnie takim jakim jestem, a ja wciąż chcę ją brać i przyjmować taką jaką jest. Chcemy nawzajem do siebie należeć. Chcemy być sobie poddani.
No właśnie, poddani. To dzisiaj niezbyt modne słowo. Jest taki fragment w Liście do Efezjan, który czytany wyrywkowo lub błędnie interpretowany może zagotować krew w żyłach. Mówi on bowiem o poddaństwie i to głównie kobiet wobec mężów. Kojarzę nawet, gdy przeczytany na pewnej mszy z okazji jubileuszu dwudziestu pięciu lat małżeństwa, sprowokował jubilatkę do komentarza: No to mi ksiądz dowalił wybierając takie czytanie.
Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie.
List do Efezjan 5,21-25
Przysięga małżeńska wypowiadana przed Bogiem zobowiązuje nas jednak właśnie do takiej relacji. Nie wybierajmy jednak z powyższego fragmentu jedynie pojedynczych, kontrowersyjnych słów, ale popatrzmy na całość. Mówiąc biorę, z drugiej strony zobowiązuję się do tego, by być poddanym. I to poddaństwo nie działa w jedną stronę, ale w dwie. Święty Paweł zachęca, by żona podlegała mężowi, jak Panu. A mąż? Dokładnie tak samo! Przecież Chrystus oddając swoje życie również był poddany Ojcu we wszystkim. Małżeństwo to nic innego jak złożenie siebie w ofierze, to spalenie się dla drugiej osoby i przyjęcie od niej takiej samej ofiary.
Przyjąć, czyli otrzymać
To wszystko jest szalenie trudne. Nie będę udawał, że nam to zawsze wychodzi. Ciężko jest o sobie zapomnieć, nie jest łatwo nie oczekiwać niczego w zamian, choćby pochwały, uznania. Nie trzeba wiele nad tym myśleć, by dojść do wniosku, że takie podejście wydaje się wręcz nieracjonalne. Bo jaki sens jest w tym, by tylko dawać i niczego w zamian nie oczekiwać? Jak być szczęśliwym nie patrząc na własne szczęście? Ale w zdrowym związku nie jest też tak, że nic w zamian nie otrzymujemy. Pamiętajmy, że w małżeństwie jesteśmy we dwójkę, że przysięgę składamy razem. W końcu, gdy dwie osoby myślące w ten sposób się spotkają i spróbują budować związek; gdy obydwie ukierunkowane będą tylko na dobro i szczęście współmałżonka, to muszą być najszczęśliwszymi na świecie. Bo wciąż się wzajemnie ubogacają, obdarzają i zaskakują. Bo nie oczekując niczego – dostają wszystko.
Zobacz również
Tak mi dopomóż… – #13 Przysięga małżeńska
21 maja 2023
Wierność – #09 Przysięga małżeńska
9 listopada 2021
Jeden komentarz
Anonim
Dzięki za ten wpis. Dodałbym jeszcze, że to samo accipio pojawia się w słowach konsekracji; „bierzcie”, które oznacza raczej „przyjmijcie w darze”.