Ciebie – #04 Przysięga małżeńska
Podcast: Play in new window | Download
Subscribe: Apple Podcasts | Spotify | RSS
Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Ja, Arkadiusz, biorę Ciebie, Anno, za żonę i ślubuję Ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.
Na początek historyjka
– Jak to wcale nie chcesz mieć dzieci!? – oburzyła się dziewczyna siedząca za moimi plecami.
– Serio!? Ty chcesz mieć aż czwórkę? – odpowiedział jej narzeczony.
– Czy Ty w ogóle mnie znasz? I na dodatek nie chcesz domku na wsi, który od dziecka mi się marzy? – kontynuowała, a w jej głosie słychać było niedowierzanie i zagubienie.
– Zawsze myślałem, że kupimy jakieś mieszkanie. – krzyczał szeptem (chyba każdy wie jak się to robi) zdenerwowany chłopak, a w jego głosie słychać było rodzące się zwątpienie.
Spotkaliśmy ich z Anią jeszcze po południu. Tak się zdarzyło, że trafiliśmy na obiad do tej samej knajpy co oni. My mówiliśmy do siebie, że ta ankieta, którą rano mieliśmy uzupełnić i omówić w ramach naszego kursu przedmałżeńskiego, była dość oczywista. Przecież zawierała tylko naprawdę podstawowe pytania, jak to, ile chciałoby się mieć dzieci, gdzie chciałoby się żyć, czy jak widzimy podział obowiązków domowych.
Tymczasem, dwa stoliki dalej, oni nadal się kłócili…
Czy Ty w ogóle mnie znasz?
Nikogo raczej nie zaskoczę, gdy napiszę, że do małżeństwa (jak do tanga) trzeba dwojga. Kilka tygodni temu, w jednym ze wpisów (do przeczytania TUTAJ) pokazałem, że niezmiernie istotnym jest zrozumienie JA wypowiadanego w czasie przysięgi małżeńskiej. Jeśli nie zrozumiemy tego kim jesteśmy, kim jest ten JA, to nie jesteśmy w stanie nawet zacząć naszego ślubowania. Małżeństwo jednak to nie tylko JA. Małżeństwo to przedziwna więź pomiędzy JA i TY. Małżeństwo to niezwykły związek dwojga ludzi, poprzez który decydują się być razem do końca życia. Więcej nawet. Celem małżeństwa jest nie tylko przetrwanie, które staje się nieco łatwiejsze, gdy próbuje się trwać we dwoje; celem małżeństwa jest także coraz rzadsze mówienie JA, a coraz częstsze wypowiadanie TY. Czymś niezbędnym staje się zatem poznanie osoby, z którą chcemy w ten związek wstąpić. Tak jak bez uświadomienia sobie własnego JA nie możemy w pełni świadomie wypowiedzieć pierwszego słowa przysięgi, tak bez poznania drugiej osoby nie jesteśmy w stanie świadomie powiedzieć kogo tak naprawdę bierzemy za męża czy żonę.
Sytuacja opisana we wstępie wydarzyła się naprawdę w czasie naszego kursu przedmałżeńskiego i jest często przeze mnie opowiadana wśród znajomych. Wydawałoby się, że decydując się na małżeństwo nie chcemy budować relacji z przypadkową osobą. Na dodatek mówimy tutaj o katolickim ślubie, który, jak by nie patrzeć, wiąże małżonków dużo mocniej, niż związek cywilny (z tego drugiego da się w ostateczności jakoś później wykręcić). W związku z tym, czymś zupełnie nieracjonalnym byłoby skazywanie się na bycie do śmierci z osobą, o której tak naprawdę niewiele wiemy. Rzeczy takie jak plany na przyszłość, wielkość i kształt rodziny, miejsce zamieszkania, nasze wyobrażenia wspólnego życia są dość oczywistymi tematami, które przed ślubem nie tylko wypada, ale wręcz należy poruszyć. Nie wiem (choć się domyślam) czym zajęci byli bohaterowie powyższej historii przez ostatnie miesiące bycia ze sobą i swojego narzeczeństwa. Wiem jednak, że nie wykorzystali tego czasu dobrze. Nie mam pojęcia co się z nimi dalej stało. Nie wiem nawet czy przyszli na kolejne spotkanie. Jeśli nie, to może lepiej dla nich. Często powtarzam, że lepiej jest się rozejść na tydzień przed ślubem, niż rok po ślubie.
A przecież w tym przypadku poszło o coś naprawdę podstawowego. Pytanie Czy Ty w ogóle mnie znasz? wypowiedziane w czasie tej rozmowy było tak oczywistym, że nawet ja, słysząc mimochodem tę dziwną konwersację, chciałem je wypowiedzieć. Uważam też, że omówienie takich spraw jak wspólne plany na przyszłość to naprawdę najbardziej podstawowy poziom poznania drugiej osoby. Osoby przygotowujące się do wspólnego życia razem powinny natomiast tych poziomów przejść jeszcze kilka, nawet jeśli doprowadzi to do rozpadu związku. Bo zawsze lepiej rozejść się na tydzień przed ślubem, niż rok po ślubie.
Małżeństwo to nie cel sam w sobie. Małżeństwo to droga, która ma to do siebie, że nie wchodzi się na nią samemu. W czasie tej drogi małżonkowie nieustannie się poznają i coraz mocniej jednoczą. Oczywiście, to czy choć kawałek tej drogi jesteśmy w ogóle w stanie przejść razem musimy zbadać zanim na nią wkroczymy. Dlatego tak ważnym jest, by zarówno przed ślubem, jak i też po nim, dużo ze sobą rozmawiać. Tematów jest naprawdę wiele i wydaje się, że omówienie choć części z nich może znacznie ułatwić przyszłe życie.
- Co zrobimy jeśli okaże się, że jedno z nas jest bezpłodne?
- Co jeśli jedno z naszych rodziców będzie wymagać opieki?
- Co jeśli okaże się, że dziecko, którego oczekujemy będzie niepełnosprawne lub niedługo po urodzeniu umrze?
- Co jeśli jedno z nas ciężko zachoruje?
- Jakie są nasze hierarchie wartości?
- Co jeśli stracimy cały majątek?
- Jak ułożymy relację z teściami?
- Czy i w jaki sposób chcemy wspólnie praktykować naszą wiarę?
- Jak będziemy prowadzić nasz budżet domowy?
- Jak widzimy nasze relacje z przyjaciółmi? Czy damy sobie na tyle swobody, by spotykać się z nimi tak często jak do tej pory?
- Jak widzimy podział obowiązków domowych?
- Gdzie chcemy jeździć na wakacje?
- Czy chcemy mieć jakiegoś zwierzaka?
To tylko niektóre z rzeczy, które przed ślubem warto byłoby ze sobą omówić. Niektóre z tych pytań wydają się wręcz infantylne. Część z nich to efekt moich własnych obserwacji i rozmów. Inne zebrałem przeglądając fora internetowe. Są to problemy, które najczęściej dzielą małżonków, a które rzadko przychodzą do głowy w czasie pełnych uczuć narzeczeńskich spotkań. Nie są to też problemy, co do których można powiedzieć, że na pewno nie będą nas dotyczyć. W Polsce 1,5 mln par zmaga się z niepłodnością, większość z naszych rodziców w którymś momencie będzie wymagała naszej zwiększonej uwagi, a ostatnie protesty jasno wskazują, że problem niepełnosprawności dziecka lub jego ciężkiej choroby to coś, co bardzo mocno dzieli nie tylko społeczeństwo, ale równie dobrze osoby w związku. Finanse w rodzinie, to z kolei jedna z częstszych przyczyn codziennych kłótni. I nie chodzi mi o to, by teraz znaleźć dokładne rozwiązanie na każdy z tych problemów. Chodzi o to, by skonfrontować swoje punkty widzenia, omówić ogólne wizje i podejście do najważniejszych tematów. By na którymś etapie małżeństwa nie zadać pytania: Czy Ty w ogóle mnie znasz?.
Pełne poznanie
Powyższe rozważania to nadal (stety lub niestety) tylko podstawy. Małżeństwo sakramentalne jest bowiem czymś zdecydowanie więcej, niż tylko ustaleniem wspólnej wersji wydarzeń. Małżeństwo sakramentalne to chęć pełnego poznania.
Ojcze święty, Ty stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, powołałeś do istnienia mężczyznę i kobietę, aby jako mąż i żona, złączeni w jedno ciałem i duszą, spełniali w świecie swoje posłannictwo.
Błogosławieństwo nowożeńców z Mszy obrzędowej za nowożeńców.
Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Słowa te wybrzmiewają w kościołach dość często. Pojawiają się także w czasie uroczystego błogosławieństwa nowożeńców. Nie są one tylko piękną i trochę oklepaną formułą, ale można powiedzieć, że stanowią przypomnienie niezmiernie ważnej prawdy, która staje się wskazówką, do rozumienia słowa Ciebie wypowiadanego kilkanaście minut wcześniej w przysiędze.
Poznawanie Ciebie, poznawanie TY można sprowadzić do jednego zadania – odnajdywania obrazu Boga w naszej dziewczynie, narzeczonej, żonie (i ich męskich odpowiednikach). Gdy w drugiej osobie zobaczymy ikonę samego Boga, to objawi się nam wtedy największa prawda o tej osobie. Łatwiejszym stanie się także kochanie tej osoby. Każdy z nas nosi w sobie obraz swego Stwórcy. Każdy z nas stworzony został z miłości i do miłości. Gdy w rodzinie rodzi się małe dziecko, to wszyscy dookoła zadają sobie pytania: Do kogo bardziej podobny? Do mamy czy taty? Wiemy, że w dziecku zawsze ukryty jest obraz jego rodziców i wręcz instynktownie go szukamy. Skoro zaś mamy Ojca w niebie, to czymś naturalnym powinno być odnajdywanie również Jego obrazu w najbliższej nam osobie. Tylko patrząc na żonę czy męża w ten sposób zawsze dostrzeżemy w niej/nim prawdziwe piękno, prawdziwy talent, prawdziwe męstwo i nieskończoną godność wynikającą z najbardziej szlachetnego pochodzenia. Pochodzenia z samego Boga. Odkrywanie tej prawdy o drugiej osobie staje się zatem obowiązkiem wynikającym z rozważanego dzisiaj słowa.
Światła tego, które przebija się z wnętrza każdego serca, nie jest w stanie nic przysłonić. A istnieją przecież rzeczy, które próbują to uczynić. Poznanie również ich jest czymś do czego zobowiązujemy się wchodząc w małżeństwo. W przysiędze małżeńskiej nie ma bowiem żadnego przypisu. Nie ma gwiazdki, która odnosiłaby nas do drobnego druku u dołu strony. Gdy mówię biorę Ciebie, to znaczy, że biorę Ciebie całą, bez wyłączenia wad, zranień i tego co przyniesie mi trudności w małżeństwie. Biorę Ciebie z Twoją przeszłością i przyszłością, która wciąż jest dla mnie nieznana. Wydaje mi się, że niektórym spodobałaby się możliwość wprowadzenia takich przypisów do przysięgi. Biorę Ciebie za żonę, ale tylko do czasu, kiedy będziesz dla mnie atrakcyjna. Biorę Ciebie za męża, ale pod warunkiem, że nie będziesz zostawiał otwartej klapy od toalety i zawsze wrzucisz skarpety do kosza na pranie. No i oczywiście nie biorę chrapania. To jest poza kontraktem. Nie. Przysięga takiej opcji nie przewiduje. Bierzesz wszystko, albo nic i trzeba się z tym pogodzić.
Nie byłoby to jeszcze chyba takie trudne, gdyby chodziło tylko o skarpety czy chrapanie w nocy. Trudniej się robi, gdy zaczynamy mówić o naszych zranieniach, traumach i głęboko skrywanych lękach oraz trudnej historii. Czy dzielenie się tym jest konieczne? Uważam, że tak. Czy jest łatwe? Zdecydowanie nie. Cytowane powyżej błogosławieństwo, po przedstawieniu prawdy o podobieństwie do samego Boga mówi, że małżonkowie mają być złączeni w jedno ciałem i duszą. Co to w praktyce oznacza? Między innymi to, że obydwoje chcą, by ani ciało, ani duch nie były dla nich nawzajem tajemnicą. Celem małżeństwa jest pełne poznanie drugiej osoby. Wszystkich jej bolączek i traum. Tych chlubnych, jak i niechlubnych historii jej życia. To opowiedzenie sobie tych rzeczy, których nawet wspomnienie budzi w nas strach, bo sprawiły nam tak wielki ból, bo traumę po nich nosimy czasami przez wiele lat. Wiem, że to trudne, wiem, że czasami wymaga to czasu. Nie na wszystko będzie pewnie przestrzeń jeszcze przed ślubem, ale musimy mieć przynajmniej intencję, by kiedyś w przyszłości podzielić się wszystkim z naszym małżonkiem. Ostatnim etapem na tej drodze jest tak mocne zjednoczenie, że nawet swoje grzechy znamy nawzajem doskonale. Zjednoczenie ciał nie jest takie trudne. Zjednoczenie dusz to już hardkor. Ale przecież to przysięga dla hardkorów. Najtrudniejsza przysięga, jaką składamy w życiu.
Niepełne poznanie
To co opisałem wyżej to ideał. Pewnie niewielu uda się go osiągnąć. Nie oznacza to jednak, że nie należy próbować. Jeśli małżeństwo jest drogą, to na tej drodze obydwoje się zmieniamy. A skoro się zmieniamy, to znaczy, że nie jesteśmy w stanie dojść do momentu kiedy powiemy: Koniec. Wiem o Tobie wszystko, teraz już mam z głowy. Odkrywanie siebie w małżeństwie to proces nieustanny, który trwa do końca życia. Od naszego podejścia zależy w sporej części to, jak ten proces będziemy znosić. Pamiętam, że na krótko przed ślubem byłem bardzo zaciekawiony tym, jak będzie wyglądać nasze wspólne docieranie się z Anią. Wizja pierwszej kłótni była dla mnie czymś autentycznie ekscytującym. Wiedziałem bowiem, że patrząc na siebie wzajemnie jak na ikony samego Boga, nie zrobimy sobie krzywdy. Nie zranimy się tak, że rana po tym zranieniu już nigdy się nie zagoi. Z drugiej strony, nawet kłótnia może stać się okazją do głębszego poznania siebie nawzajem i choć brzmi to dziwnie, to naprawdę na nią czekałem.
Jesteśmy przecież tacy różni. Znów wrócę tutaj do przytoczonego wyżej fragmentu błogosławieństwa. Ty (…) powołałeś do istnienia mężczyznę i kobietę (…). Liturgia również nie przemilcza tego faktu. Tekst błogosławieństwa zauważa, że oto stoją naprzeciw siebie dwie zupełnie różne osoby. Do tego stopnia różne, że określone różnymi słowami – jako mężczyzna i kobieta. Oczywistym jest zatem, że różne będą nie tylko nasze ciała, ale i podejście do wszelkich codziennych wyzwań. Zanim zbudujemy jedność, tę różnicę trzeba najpierw zauważyć i zaakceptować, w czym pomaga nam treść błogosławieństwa. Trzeba nieustannie badać się nawzajem, odkrywać, poznawać.
Ja sam z każdym kolejnym dniem mojego małżeństwa widzę, że tego materiału do badania na pewno mi nie braknie. Każdy z nas to nieskończone bogactwo doświadczeń. Bogactwo, które z każdym dniem się nieustannie powiększa. Przypomina mi się w tym miejscu historia opowiadana przez ks. Pawlukiewicza. Idąc z komunią do szpitala, do jednego ze starszych i mocno schorowanych pacjentów, minął się w drzwiach sali z jego żoną. Kapłan musiał poczekać zarówno ze spowiedzią, jak i udzieleniem komunii, bo starszy pan musiał jeszcze z okna pomachać swojej starszej pani. Gdy to już zrobił powiedział do księdza Piotra: Patrzy Ksiądz. Ale kobieta! Ponad pięćdziesiąt lat jesteśmy razem, a ja wciąż jej jeszcze nie rozgryzłem.
Chcieć. Chcieć odkrywać (lub jak to ujął starszy pan – rozgryzać) drugą osobę. To podstawowe założenie, bez którego nie pójdziemy ani kroku do przodu. Drugie założenie, które jest konieczne, to dać się odkrywać. Poznawanie siebie nawzajem musi być związane z pełną otwartością, zaufaniem i szczerością. Gdy pojawia się otwartość, szczerość i zaufanie, to i droga do wzajemnego poznania stanie się zdecydowanie mniej wyboista, a już na pewno przejezdna. O tym jednak napiszę więcej omawiając temat uczciwości małżeńskiej.
Kogo nie ma
Na sam koniec muszę jeszcze wspomnieć o tym, czego w przysiędze nie ma. Życie pokazuje, że pamięć nasza jest zawodna i czasami płata figle na tyle, że chyba wydaje nam się, że w przysiędze małżeńskiej zawarliśmy jeszcze kilka dodatkowych osób.
Wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej, bierzemy za żonę czy męża konkretną osobę, a nie nasze wyobrażenia na jej temat. Bardzo często ludzie zaślepieni źle rozumianą miłością lub namiętnością nie dostrzegają cech drugiej osoby, które z czasem bywają bardziej widoczne i niekiedy irytujące. Poznanie drugiej osoby to konfrontacja swoich wyobrażeń o niej z rzeczywistością. Przed ślubem był inny. Dopiero po ślubie się zmienił. Tego typu zdanie w nikim nie budzi zdziwienia, bo pojawia się w życiu dość często. Wytłumaczenia w takiej sytuacji są dwa. Pierwsze – nasza druga połówka jest cały czas taka sama, tylko myśmy niektórych cech wcześniej nie dostrzegali (co może niezbyt dobrze o nas świadczyć). Drugie – nasz partner zmienił się rzeczywiście na gorsze dopiero po ślubie i stało się to na skutek związania się z nami (co świadczy o nas jeszcze gorzej). Oczywiście, mogą zdarzyć się sytuacje, że zostaniemy oszukani. Nie o tym tutaj piszę. Chodzi mi o to, że nasz obraz osoby, z którą chcemy rozpocząć małżeństwo należy zderzać wciąż z rzeczywistością. By potem nie okazało się, że jesteśmy w małżeństwie z kimś, kto istniał wyłącznie w naszej głowie.
W przysiędze małżeńskiej nie pojawia się ani nasza mama, ani nasz tato. Choć jest to oczywiste, to zdarza mi się obserwować sytuacje, kiedy nawet po ślubie rodzic jest nadal ważniejszy niż współmałżonek. I nie chodzi mi o to by ustalić sztywną granicę np. ilości telefonów do domu rodzinnego i autorytarnie orzec, że nie należy tego robić częściej niż, dajmy na to, raz w tygodniu. Chodzi tutaj o uszeregowanie wartości. Jeśli słowo matki więcej dla mnie znaczy niż słowo żony, to jest to pierwsze ostrzeżenie, że moja hierarchia może nie być właściwie ułożona. Nie matce ślubowaliśmy, że będziemy z nią jedną duszą. Żonie tak. Matce nie.
W przysiędze nie ma także przyjaciół. Wydaje mi się że mój mąż woli spędzać czas ze swoim najlepszym kumplem niż ze mną. To pierwszy z brzegu cytat z jednego z forów internetowych, który znalazłem przygotowując ten wpis. Osób z takimi problemami jest zdecydowanie więcej. I znów – nie ma nic złego w wyjściu na piwo z kumplami, czy w babskim wieczorze, na który od czasu do czasu umawia się żona. Nie chodzi też o stawianie jakichś konkretnych granic. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy przypadkiem przyjacielowi czy przyjaciółce nie jestem w stanie więcej powiedzieć niż żonie?
Kolejną osobą, która nie pojawia się w przysiędze małżeńskiej jest dziecko. Dziecko nie jest naszym partnerem. Z dzieckiem nie budujemy relacji partnerskiej, jaką budujemy z mężem czy żoną. Co więcej, dziecku nie ślubujemy tego, że będziemy z nim do końca życia. Naturalne oddalenie się dziecka i założenie przez niego własnej rodziny staje się czasami dramatem dla jednego czy obojga rodziców. Uświadamiają sobie bowiem, że to właśnie dziecko ich łączyło, że zbudowali wzajemną relację opartą głównie na trzeciej osobie i bez niej, jakoś już nie widzą by cokolwiek między nimi pozostało. I po raz kolejny zaznaczę – nie chodzi o to, by mniej kochać dziecko, czy być dla niego chłodnym tylko po to, by zachować dystans. Chodzi o pewną hierarchię. To mężowi/żonie składamy przysięgę, a nie dziecku. To z małżonkiem łączy nas szczególna więź wynikająca z sakramentu, a nie z dzieckiem. Dziecko jest kimś niesamowicie ważnym dla rodzica i należy je kochać z całego serca, ale to z małżonkiem (i tylko z nim) łączy mnie ślub złożony przed Bogiem.
Trudne to
Stworzenie tego wpisu zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Samo zagadnienie jest bardzo rozbudowane (co widać po jego długości) i trudne w realizacji. Może się wydawać wręcz niemożliwe. Ale tak jak pisałem w jednym z pierwszych wpisów dotyczącym przysięgi małżeńskiej – tak ma być. Małżeńskie ślubowanie to naprawdę konkret. Konkret, którego sami nie uniesiemy. Ale tak ma być. Bo sami go nie niesiemy. Bo jesteśmy we dwójkę. A tak naprawdę – we trójkę, bo idzie z nami tą krętą ścieżką Wszechmocny. A z Nim wszystko jest możliwe.
Zobacz również
Tylko lepiej – #00 Przysięga małżeńska
10 czerwca 2020
Uczciwość – #10 Przysięga małżeńska
14 lutego 2022