Wiara

Odwołajmy wigilię!

Gdybym kiedyś, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, został biskupem albo jakimś prymasem, a najlepiej to papieżem, to jedną z pierwszych decyzji, którą bym rozważał, byłaby likwidacja błogosławieństwa pokarmów w Wielką Sobotę. I piszę to całkiem serio. W tym roku mieliśmy (prawdopodobnie jednorazową) próbkę takiego rozwiązania. Im bliżej Bożego Narodzenia, im głębiej wchodzimy w adwent, tym mocniej zastanawiam się, czy czegoś podobnego bym nie zrobił z wigilią. A możliwe, że i to uda nam się w jakimś stopniu przetestować za kilka tygodni.


Szalony rok

Kończy się powoli ten szalony rok. Rok, który jest próbą dla nas wszystkich; próbą i ogromnym wyzwaniem w wielu obszarach życia. Niektórzy w końcu musieli nauczyć się rozmawiać z żoną. Skoro nie da się jej unikać biorąc nadgodziny, to trzeba spróbować jakoś razem żyć. Inni podobnie mieli z dziećmi. Niby każdy kocha swoje dziecko, ale jednak trzeba sobie radzić ze świadomością, że nie da się czternastolatka oddać już do okna życia dlatego, że kolejny raz rozstraja nam nerwy. Jeszcze inni z kolei musieli jakoś zagospodarować swoją samotność. Wychodzenie do pracy czy na uczelnię niejako zmuszało nas do kontaktu z innymi ludźmi. Nagle zostaliśmy tego pozbawieni.

Dla katolików ogromną próbą okazały się limity wiernych w kościołach. Obserwując ich liczbę stwierdzam, że niektórzy do kościołów wrócili. Niestety, są oni raczej mniejszością (przynajmniej w Krakowie). Inni już chyba nie wrócą wcale. Chyba, że trzeba będzie ożenić albo pochować kogoś z rodziny. Ten rok to także pierwsze święta bez tradycyjnej święconki i pierwsze listopadowe groby bez zniczy. I im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym bardziej chcę szukać w całym tym zamęcie dobra. A lekcji płynących z tego najdziwniejszego roku w moim życiu widzę naprawdę wiele.

W kwietniu tego roku spełniło się moje małe marzenie – mieliśmy rok bez święconki (choć niektórzy kapłani nie wytrzymali i mimo wszystko błogosławili na nielegalu). Od wielu lat gryzło mi się w błogosławieństwie pokarmów wiele rzeczy. Bo oto w kościele ustawioną mamy konstrukcję ukazującą grób Pana – miejsce spoczynku Króla Wszechświata. Miejsce, nad którym według wschodniej tradycji aniołowie śpiewali hymn Agios o Theos (znany w Polsce jako suplikacja Święty Boże). Miejsce, które powinno budzić trwogę ze względu na to, jak wielką tajemnicę wiary skrywa. Równocześnie nasze nozdrza atakuje coraz intensywniejszy zapach kiełbasy i chrzanu unoszący się koszyków; do naszych uszu dochodzi nieustanny szept części zebranych, którzy nie do końca wiedzą jak się zachować, bo ostatni raz w kościele byli jakoś rok temu; wzrok zaś próbuje wychwycić choć jedną osobę, która czyni nakazany przez przepisy gest oddania czci krzyżowi przez uklęknięcie. Scenę dopełnia dziecko, które zanim ksiądz wychylił się z zakrystii, zdążyło już zlizać pół głowy baranka z cukru.

I co roku, gdy patrzę na ten dziwny spektakl, zastanawiam się po co nam to jest w ogóle potrzebne. Ale zawsze przypominam sobie też słowa mojej mamy, której w tym miejscu za nie bardzo dziękuję. To ona co roku wyciągała mnie na to błogosławieństwo pokarmów mówiąc: Idziemy pomodlić się przed grobem. Tak, to był nasz cel – uczczenie śmierci Boga. Święconkę załatwialiśmy niejako przy okazji. Gdy byłem młodszy, nie rozumiałem dlaczego mama po błogosławieństwie jajek tak bardzo chciała zostać jeszcze w kościele. Najlepiej do momentu, aż prawie wszyscy wyjdą. Teraz już wiem o co chodziło. O priorytety. Chrystus jest najważniejszy. Jego śmierć jest najważniejsza. Święconka to tylko miły dodatek, ale nawet i bez niej święta na pewno się odbędą.

Miesiąc temu przeżyliśmy podobną scenę. Zamknięto nam cmentarze na kilka godzin przed 1 listopada. Akurat wtedy byliśmy z Anią u jej rodziców. I tutaj dziękuję za świadectwo mojej drugiej mamy, która powiedziała, że nie będziemy pędzić na grób jej rodziców tylko po to, by w pośpiechu zapalić kilka świeczek. Powiedziała, że przede wszystkim trzeba pójść do kościoła. A cmentarz? To się załatwi potem, jak już będzie można. Bo świeczka na cmentarzu to symbol. A symbole mają to do siebie, że zawsze na coś wskazują. Znicz wskazuje na naszą modlitwę. Jest niejako przedłużeniem naszej modlitwy. Sam w sobie nic jednak nie znaczy. I znów sprawa rozbija się o priorytety. Zmarłemu trzeba dać przede wszystkim modlitwę. Chryzantema na tamtym świecie mu się do niczego nie przyda.


To może wigilia?

Gdy tak myślę o tym wszystkim, to zastanawiam się, co by było, gdyby Boże Narodzenie miało odbyć się bez tradycyjnej wigilii? Cóż. Nie trzeba daleko szukać – wieczerza wigilijna w takiej formie jaką znamy, ma charakter lokalny. To nie zwyczaj obowiązujący na całym świecie. I co? I nic. Świat się nie zawalił.

A czy w ogóle nasze rodzinne spotkania można jeszcze nazwać wigilią? Czym bowiem jest wigilia, jeśli wstyd nam ją zacząć modlitwą? Czym jest wigilia, jeśli życzyć umiemy sobie tylko zdrówka, bo zdrówko jest najważniejsze? Czym jest świętowanie narodzin, jeśli zapominamy o dziecku?

Pamiętam dobrze moment, gdy kilka miesięcy temu dostałem krótką wiadomość od Szwagra: Zaczęło się. I choć był to środek nocy, to rozbudziło mnie uczucie radości, stresu, zniecierpliwienia i ekscytacji. To był taki mój krótki adwent. Oczekiwanie. Wiem, że zaraz stanie się coś ważnego, ale nie wiem dokładnie kiedy. Kilka godzin później moja siostra wysłała zdjęcie z sali poporodowej. Trzymała przy sobie synka, mojego późniejszego chrześniaka. Niedługo potem telefony rozdzwoniły się we wszystkie strony. Siostra (która została mamą) dzwoniła do mamy (która została babcią), a mama (czyli babcia) dzwoniła do babci (czyli prababci). Nie wiem czy w tym wszystkim odnalazł się mój tato (czyli dziadek), ale na pewno odnalazł się szwagier (czyli tata), który z rana zadzwonił do mnie (czyli nowomianowanego wujka), by opowiedzieć mi o wszystkim. Pracę zacząłem chyba z dwie godziny później niż zwykle. Śniadanie? Nikt o tym wtedy nie myślał. Praca? Kierownik na pewno zrozumie. Priorytety. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Z wigilią jest tak samo. Jedni nie wyobrażają sobie Świąt bez tradycyjnego przypominania sobie historii Kevina, który został sam w domu. Ja nie wyobrażam sobie Świąt bez przypomnienia historii Chrystusa – Wszechmocnego Boga, który narodził się bez domu, bo swoi Go nie przyjęli. Niektórzy pewnie skupią się na tak zwanej magii świąt, podkręcanej przez zapach korzennych przypraw i blask światełek. Tylko ta magia niejednokrotnie przesłania nam Tego, który narodził się w smrodzie stajni, ciemną nocą. Stół pełen jedzenia z pewnością jest czymś co cieszy każdego, ale coś będzie bardzo nie po kolei, jeśli postawimy go w naszej hierarchii ponad Chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Nie stawiajmy wszystkiego na głowie. Od stania na głowie robią się mdłości, dokładnie jak po zbyt obfitej wigilii. 

To wszystko prowadzi mnie do wniosku, że może sensownym byłoby odwołać w tym roku wigilię. Nie dlatego, że jest w niej coś złego. To piękna tradycja i warto ją pielęgnować. Ale może warto by było raz przeżyć Święta bez wigilii; tylko po to, by przypomnieć sobie o co w tym wszystkim chodzi. By nie zapomnieć o solenizancie w dniu jego urodzin. By już zawsze pamiętać, że Bóg się rodzi niezależnie od ilości gości wokół stołu i potraw na nim.

A może nie trzeba będzie robić tak radykalnych ruchów. Mamy jeszcze czas. Mamy adwent. Mamy jeszcze trzy tygodnie na to, by dobrze przemyśleć priorytety. Bo są rzeczy ważne i ważniejsze. Wigilia należy to tych ważnych. Ale z pewnością nie najważniejszych.

Są rzeczy ważne i ważniejsze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *