Pierwszy rok
Wczoraj mój kalendarz przypomniał mi, że mija właśnie rok od publikacji mojego pierwszego wpisu na blogu – tego o eksperymentach myślowych. Uznałem, że to dobra okazja, by minione dwanaście miesięcy podsumować i zaplanować kilka najbliższych.
Statystyki (a jakże!)
Z racji zawodu jaki przyszło mi wykonywać nie byłbym sobą, gdybym w takim podsumowaniu nie rzucił kilkoma cyframi. Czas istnienia bloga to 26 dłuższych tekstów opublikowanych na stronie i sporo mniejszych wrzutek, które pojawiły się na moim facebooku. Daje to jeden wpis na nieco ponad dwa tygodnie. Na pewno nie jest to tempo, które mnie w pełni zadowala. Z początku udawało mi się publikować teksty nawet raz w tygodniu. Niestety, ostatni czas był dla mnie bardzo intensywny i mój blog odczuł to boleśnie.
Moim oczkiem w głowie bardzo szybko stał się cykl dotyczący przysięgi małżeńskiej. W jego ramach udało mi się skomentować mniej więcej połowę tekstu przysięgi, co złożyło się na siedem wpisów. Nie ukrywam, że bardzo mi na nim zależy i chciałbym go w najbliższych tygodniach kontynuować ze zdwojonym zapałem.
Styczeń stał się miesiącem, w którym zdarzyła się druga rzecz, której się po sobie nie spodziewałem (pierwszą było założenie bloga). Wtedy to powstał pierwszy odcinek w formie podcastu. W ciągu kilku tygodni nagrałem wersję audio do wszystkich archiwalnych wpisów dotyczących przysięgi małżeńskiej i w planach mam publikowanie w takiej formie wszystkich dłuższych form, które pojawiają się na blogu. Niestety, nagrywanie wersji audio do moich wpisów znacząco wydłuża czas potrzebny na ich publikację. Wybaczcie mi zatem to, że ostatnio pojawiają się one rzadziej, niż na początku.
Moje wpisy zostały przeczytane łącznie kilkanaście tysięcy razy. Najpopularniejszym z nich stał się ten dotyczący wyroku Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji. Do dzisiaj przeczytało go 4200 osób, a na facebooku dotarł do kilkunastu tysięcy. Muszę przyznać, że zasięg ten na początku mnie mocno przytłoczył, ale pokazał też, że komentowanie bieżących wydarzeń jest bardzo klikalne. Nie wydaje mi się jednak, by mój blog zboczył w tę stronę, choć nie wykluczam, że podobne wpisy jeszcze się u mnie pojawią.
Plany
Nigdy tego do tej pory nie mówiłem, ale blog wymyśliłem sobie jako roczny projekt. W ciągu roku od powstania chciałem przede wszystkim opublikować cały cykl dotyczący przysięgi małżeńskiej, a wpisy te poprzetykać innymi tekstami z przeróżnych dziedzin, które mnie kręcą. Po roku miałem zaś zdecydować, czy chcę tę blogową przygodę jeszcze kontynuować.
Cóż… Założonego planu nie udało mi się wykonać. Oznacza to ni mniej ni więcej, że to poważne podsumowanie muszę odłożyć na czas bliżej nieokreślony, bo nie wiem ile z przysięgą małżeńską mi jeszcze zejdzie.
W tym miejscu muszę też wspomnieć, że od samego początku mam bardzo mocne poczucie, że to miejsce w internecie, które jakoś tam próbuję tworzyć, nie jest do końca ani moim pomysłem, ani moim dziełem. Traktuję siebie bardziej jako narzędzie. Osoby wierzące doskonale wiedzą o czym mówię. Osoby niewierzące mają prawo powiedzieć, że majaczę. Ilość z pozoru przypadkowych zbiegów okoliczności, odbytych rozmów i otrzymanych wiadomości utwierdza mnie jednak w tym, że nawet moje guzdranie się i ociąganie z publikacją kolejnego wpisu ma sens i ma jakiś wyższy cel. Za przykład podam tylko jedną z wiadomości, które otrzymałem po publikacji ostatniego blogowego wpisu:
Zabierałam się jak sójka za morze z przeczytaniem najnowszego tekstu. Ostatnio jakoś ciężko mi się zebrać do czegokolwiek… czuję posuchę w wielu aspektach życia, w wierze, także często w małżeństwie – jak łatwo jest się nam teraz „mijać”, nie móc porozmawiać na spokojnie – a to jedno zmęczone, a to drugie padnięte, a to Młody wymagający…
Dzisiaj nasza rocznica ślubu. Zaplanowaliśmy z mężem, że dziś spędzimy wieczór razem. Czułam potrzebę, żeby w tym czasie porozmawiać o naszych planach, marzeniach, pomodlić się razem… Jakoś dotrzeć do swoich wnętrz a nie tylko gadać o sprawach dnia codziennego. No i tak sobie przed chwilą karmiłam i tuliłam Młodego, który płakał i się wił, co często ma miejsce przy piersi. Czytałam coś na telefonie, a tu mój syn nagle tak wywinął ręką, że zahaczył o telefon i przełączył kartę na… Twój tekst! I tak przeczytałam go nareszcie. Zobaczyłam, że odnawiacie co roku sobie przysięgę małżeńską. I tak pomyślałam, że właśnie tego nam trzeba! Tak to Pan Bóg się posługuje naszym synem!
Podobnych wiadomości dostałem więcej. Pokazują mi one, że nawet jak czasami sam w czymś nie widzę sensu, to on jednak jest. I dlatego na razie bardzo chcę to moje blogowanie kontynuować. Nie z tego powodu, że chcę to robić (choć oczywiście tak jest), ale dlatego, że czuję się do tego w pewien sposób powołany (choć nie wiem czy to nie zbyt wielkie słowo). Jak będzie wyglądał mój blog za kolejne 12 miesięcy? Tego do końca sam nie wiem, bo jak wspomniałem – czuję się bardziej pasażerem tej łodzi, niż jej sternikiem. Zobaczymy gdzie wiatr poniesie. Ale wiem jedno – nabieram ostatnio ochoty na jeszcze mocniejsze rozwinięcie żagla!
Dziękuję!
Tego typu tekst nie może istnieć bez miejsca z podziękowaniami. Postaram się zrobić to krótko.
- Blog ten nie istniał by bez Tego-Który-Daje-Natchnienie. Tato, Ty wiesz… Dziękuję!
- Moja droga Żono – moja pierwsza recenzentko, copywriterko, korekto merytoryczna i nieustanna inspiracjo. Bez Ciebie nawet bym nie zaczął. Dziękuję!
- Wszyscy, którzy do mnie piszecie w prywatnych wiadomościach, albo wspieracie w rozmowach, albo poratujecie miłym komentarzem. To naprawdę wiele daje! To naprawdę uświadamia, że to moje kanciaste czasami pisanie ma sens. Dziękuję!
- Drodzy czytelnicy, którzy się ze mną nie zgadzacie. Wielu z Was ujawniło się przy okazji “trybunałowego” wpisu (choć nie tylko wtedy). Przypominacie mi, że nie wiem jeszcze wszystkiego i zdarza mi się palnąć głupotę. Za każdą sensowną krytykę z Waszej strony. Dziękuję!
- Wszyscy milczący, ale wiernie czytający, których mam okazję poznać wyłącznie poprzez cyferkę z liczbą wyświetleń zwiększającą się przy moich wpisach. naprawdę cieszę się, że jesteście! Mam nadzieję, że to miejsce będzie dla Was miejscem przede wszystkim wartościowym. Za to, że jesteście. Dziękuję!
Na koniec
Mam jeszcze jedną sprawę. A w zasadzie prośbę. Może już zauważyliście, że nigdy nie starałem się na siłę promować mojego bloga. Nie żebrzę o lajki, ani udostępnienia. Unikam clikcbaitu i krzykliwych grafik. Zależy mi na estetyce i przemyślanej treści. Cały czas wierzę, że dobra treść obroni się sama.
Niestety, facebook trochę inaczej patrzy na te sprawy i widzę jak wraz z przybywającą liczbą obserwujących, spadają równocześnie zasięgi (a coraz częściej pojawiają się sugestie płatnej reklamy).
Jeśli to co tutaj wrzucam jest dla Ciebie jakkolwiek cenne, jeśli Cię to w jakikolwiek sposób porusza, albo po prostu widzisz w tym jakąkolwiek wartość lub dobro – zostaw lajka, skomentuj choćby jednym słowem, udostępnij znajomym ten mój skromny, szary kawałku internetu. Będę za to przeogromnie wdzięczny!
Miejcie piękny najbliższy tydzień!

