Trzy dni przed zaatakowaniem Ukrainy przez Rosję przeczytałem „Rzeźnię numer pięć” Kurta Vonneguta. Ta antywojenna powieść wciągnęła mnie na tyle mocno, że zdarzyło się coś, co nie miało miejsca już od kilku lat – przeczytałem całą książkę w jeden dzień. Pomyślałem, że może nawet stanie się ona początkiem działu „Recenzje” na moim blogu.
Nie spodziewałem się jednak, że jej treść tak szybko i brutalnie zmiesza się z rzeczywistością, w której od ponad tygodnia żyjemy. Myślałem, żeby napisać również o tym. O wojnie, która przeraża; o pomocy, która wzrusza; o bohaterach, którzy budzą podziw; o uchodźcach, których widok łamie serce.
I ile razy zbierałem się w sobie, tyle razy uświadamiałem sobie, że nic mądrego w tej sytuacji nie umiem powiedzieć. A rzeczywistość, z dnia na dzień, coraz bardziej pasuje do słów, którymi „Rzeźnię numer pięć” opisał sam autor.
Krótka i popaprana, bo o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego.