Zżycia

Mały sukces czytelniczy

Kilka dni temu udało mi się osiągnąć cel, o którym marzyłem od bardzo dawna! Zgodnie z tym, co widnieje w moim profilu na Lubimyczytac.pl, od października zeszłego roku, do dzisiaj (czyli w mniej niż rok) przeczytałem 52 książki, co daje średnio jedną książkę na tydzień! Po wykresie u góry widać, że ogromną pomocą w realizacji wyzwania okazał się długi lipcowy urlop.

Czy warto było?
Tak, od dawna chciałem to zrobić i co więcej, z każdym kolejnym rokiem przestawałem liczyć, że kiedykolwiek uda mi się to zrobić. Ten rok ogólnożyciowo nie należy dla mnie do najłatwiejszych, jednak splotło się kilka rzeczy, które gdzieś w okolicach maja dały mi nadzieję, że jest to jednak do zrobienia!


Czy widzę minusy?
Tak, największym jest chyba to, że od któregoś momentu zacząłem czytać książki pod cel, czyli nie brałem się za takie, w których ryzyko utknięcia na kilka tygodni była duża (a które bardzo kuszą i które coraz bardziej chcę przeczytać).
Drugim minusem było to, że na pewnym etapie kolejne strony traktowałem głównie jako rzecz do odhaczenia i trochę straciłem radość z czytania, delektowania się tekstem i zupełnie zarzuciłem praktykę wracania po kilka razy do fragmentów, które uważałem za bardzo dobre.


Jak widać, główną kategorię stanowiły książki religijne. Od dawna jednak trzymam się zasady, by w miarę możliwości książki mądre, czyli w uproszczeniu te bez jakiejkolwiek fabuły, czytać naprzemiennie z fabułą. Dzięki temu udaje mi się utrzymać zadowalający mnie poziom treści, które rozwijają mnie intelektualnie i treści, które czytam bardziej dla rozrywki (choć literatura piękna z pewnością też wewnętrznie bardzo mocno rozwija).

Średnio książka przeczytana w ostatnim roku miała około 200 stron. Trafiły się wśród nich trzy encykliki, które objętościowo zdecydowanie odstają od większości książek na półce, jednak nie sądzę by ich lekturę można traktować jako coś lekkiego (zwłaszcza, gdy chce się z nich cokolwiek zrozumieć). Były też książki liczące ponad 400 stron (z tego co pamiętam, nawet kilka). Nie uważam zatem, by cel został osiągnięty tylko i wyłącznie dzięki kreatywnej księgowości, czy tam kreatywnemu dobieraniu sparingpartnerów. Jak zwał tak zwał. Chodzi mi o to, że nie czytałem wyłącznie broszurek i nie uważam bym w tym wyzwaniu oszukiwał (z resztą – oszukać mógłbym tylko i wyłącznie sam siebie, bo w żadnym publicznym konkursie udziału nie wziąłem).

Najlepsze książki z tych 52?
Wymienię dwie.

Z niefabularnych: Bóg nie jest miły. Pułapka pluszowego chrześcijaństwa, Ulricha L. Lehnera.
Książka, która bardzo wiele w głowie mi poukładała jeśli chodzi o podstawy wiary, a inne rzeczy wywróciła, po to, żeby móc sobie od nowa poukładać. Na pewno do niej jeszcze wrócę.

Z fabularnych: Na Zachodzie bez zmian, Ericha Marii Remarque’a.
Pamiętam, że ciężka literatura faktu lub literatura, która bardzo mocno korzeniami sięga do prawdziwych wydarzeń czasów wojny była mi bliska od czasu, gdy w szkole sięgnąłem po Inny świat Herlinga-Grudzińskiego. Książka Remarqua, choć podobna do kilku innych pozycji, (jednak głównie późniejszych, traktujących o drugiej wojnie światowej) jest napisana w sposób wręcz idealny. Niczego tu nie brakuje i niczego nie zbywa. Jest to jednak pozycja, do której nie wiadomo, czy chce się wracać, ale może czasami trzeba.

Czy trafiły się jakieś rozczarowania?
Tak, dwie czy trzy książki były dość problematyczne, bo albo trudno mi było dobrnąć do końca ze względu na bardzo niski poziom, albo tak mocno nie zgadzałem się z wieloma tezami w nich zawartymi, że ich czytanie budziło we mnie nieodkryte do tej pory pokłady irytacji. Nie będę się jednak wyżywał i nad ich tytułami spuszczę zasłonę milczenia.


Podsumowując – zrobiłem to!
I tak sobie myślę… Może potraktować to jako pretekst do otworzenia na blogu nowej (nie za dużej na początek) sekcji z recenzjami?
Czy znaleźliby się chętni by poczytać o tym co ja czytam?


A Wy? Co ostatnio przeczytaliście? Dajcie znać w komentarzu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *