Tylko lepiej,  Wiara

Czy seks w ciąży to grzech?

Wstęp

Przygotowując się do nagrań w ramach serii God Vibes, dowiedziałem się o pani Natalii Ruś, która w internecie posługuje się pseudonimem Najjjka. Żyjąc w bańce, którą wytworzyły wokół mnie social media, nie spotkałem się z nią do tej pory. Pani Natalia publikuje swoje przemyślenia na wielu platformach społecznościowych (na których nie jestem obecny i może tutaj leży problem), a jej krótkie filmy osiągają setki tysięcy wyświetleń. Wśród tematów przez nią poruszanych, jednym z częściej przewijających się, jest seksualność i ogólnie pojęte relacje. Daje ona odważne świadectwo swojej wiary i mówi głośno np. o swoim dziewictwie, które chce zachować aż do ślubu, nieraz wystawiając się w ten sposób na ostrą krytykę.

Pośród tych wielu wartościowych treści pojawiają się jednak takie, które budzą we mnie sprzeciw i choć są przedstawiane jako głos Kościoła, zgodnie z moją wiedzą nie są zgodne z jego nauczaniem. W tym wpisie chciałbym zająć się jedną konkretną wypowiedzią. Jest ona powielana przez niezliczone portale, krótko skomentowana przez kilku kapłanów, jednak chyba do tej pory nie doczekała się ona dłuższego omówienia z przytoczeniem konkretnych fragmentów magisterium. Poniższy tekst jest zatem płynącą z wewnętrznej potrzeby próbą zapełnienia tej luki. 

Wypowiedź, która stała się pretekstem do opracowania tego wpisu, była przez samą autorkę tych słów kilkakrotnie powtarzana w różnych formach, poniżej zamieszczam transkrypcję jednego z jej filmów.

Wielu ludzi nie wie o tym, że współżycie w czasie ciąży jest grzechem. Niejednokrotnie mówiłam już o tym, że antykoncepcja jest grzechem, dlatego że jest to zamknięcie się na życie. A przecież współżycie zostało w głównej mierze stworzone przez Pana Boga do tego, żeby ludzie wydawali na świat potomstwo. Nawet w Ewangelii św. Mateusza jest wzmianka o tym, że Józef nie zbliżał się do Maryi, aż porodziła ona syna, któremu nadała na imię Jezus. W czasie ciąży człowiek mimo wszystko nie może dalej stwarzać dzieciątka podczas współżycia, dlatego że już to dzieciątko jest, czyli jest to swego rodzaju też pewien sposób antykoncepcji, żeby nie mieć kolejnych dzieci, bo to jedno już tam się znajduje w łonie. Jak dla mnie współżycie w trakcie ciąży obraża również to małe dzieciątko, które znajduje się w łonie matki.

Ja już kiedyś powoływałam się na swojego znajomego księdza, który opowiadał mi, jak ważna jest czystość, którą zachowuje małżeństwo w trakcie ciąży. Tutaj chodzi o duszę dziecka. Że mamy duszy dziecka nie narażać na grzech związany z nieczystością. Czasami takie rzeczy mogą prowadzić w przyszłości nawet do zniewoleń.

We wpisie tym chciałbym odnieść się do tych słów, zwłaszcza pierwszej części i tak merytorycznie, jak tylko potrafię, skomentować tezę zawartą w wypowiedzi. Pani Natalia twierdzi, że współżycie męża i żony w czasie ciąży jest grzechem. Od razu uprzedzam, że nie będzie to ciekawy wpis, pełen życiowych przykładów. Będzie on długi i naszpikowany cytatami z oficjalnych dokumentów. Bliżej mu pewnie do krótkiego tekstu akademickiego analizującego konkretne zjawisko. W tym przypadku będziemy przyglądać się nauczaniu Kościoła w obszarze seksualności i antykoncepcji. Spróbuję zrobić to chronologicznie, zgodnie z kolejnością publikowania kolejnych dokumentów. Dzięki temu uda się zachować względny porządek i zauważyć rozwój niektórych myśli.

W tym miejscu warto poczynić pewne istotne, początkowe założenie. Wszystkie przypadki, które pojawią się poniżej omawiam w kontekście współżycia w ramach katolickiego małżeństwa.


Od początku

Kościół wbrew pozorom, i temu co niekiedy da się słyszeć w mediach, nie wypowiada się na temat seksualności zbyt często. Dość powiedzieć, że pierwszy poważniejszy dokument kościelny w pełni poświęcony małżeństwu to dopiero encyklika papieża Leona XIII Arcanum divinae sapientiae z 14 II 1880 roku!. Nie mówi ona jednak nic na temat regulacji poczęć. Dlaczego zresztą miałaby mówić, jeśli samo zjawisko w powszechnej świadomości wtedy jeszcze nie istniało, choć pierwsze środki antykoncepcyjne (np. prezerwatywy podobne do znanych nam dzisiaj lub diafragmy) już się pojawiały. Metoda kalendarzykowa, która (pewnie też dzięki swej bezpłatności) okazała się przełomem i mogła być stosowana szeroko przez masy, to dopiero lata 20. XX wieku, kiedy to dzięki badaniom ustalono czas owulacji. 

Nie dziwi zatem brak odniesienia do zjawiska przez Ojca Świętego. Dokument skupia się w znacznej mierze na relacji pomiędzy władzą kościelną i władzą cywilną w kwestiach dotyczących małżeństwa, podkreślając, że małżeństwo jest przestrzenią pobłogosławioną przez Boga i Kościół ma prawo wypowiadać się w jego kwestii. Nie jest jednak tak, że w omawianym temacie niczego w tej encyklice nie znajdziemy. Poniżej cytuję jeden, 26. punkt, który mówi o celach małżeństwa.

Jeżeli zważymy dla jakiego celu ustanowione zostały małżeństwa, to z całą oczywistością staje przed nami ta prawda, że w nich Pan Bóg zawarł przebogate źródła pożytku i dobra ogólnego. Nie tylko bowiem służą one do utrzymania rodu ludzkiego, lecz nadto zapewniają małżonkom byt spokojny i możliwe na ziemi szczęście; a to w wieloraki sposób, mianowicie: przez wzajemną pomoc w potrzebach, przez stałą i wierną miłość, przez wspólność dóbr wszystkich, przez łaskę Boską, która płynie z Sakramentu. Małżeństwa przy tym służą dobru rodzin – o ile bowiem odpowiadają swemu naturalnemu założeniu i odpowiadają zamiarom Bożym, zdolne są utrwalić zgodne pożycie rodziców, zapewniają dobre wychowanie dzieci, miarkują wykonywanie władzy ojcowskiej przez przykład Bożej władzy – zapewniają uległość dzieci względem rodziców i sług względem swych panów. Państwa słusznie oczekiwać mogą od chrześcijańskich małżeństw obywateli tak urobionych, takim duchem przejętych, tak w bojaźni i miłości Bożej zaprawionych, że za obowiązek poczytywać sobie będą uczciwą i należytą uległość panującym, miłość względem wszystkich, poszanowanie praw innych.

Papież podkreśla zatem, że małżeństwo ma wiele celów. Jednym z nich jest rodzenie dzieci. Poza tym, celem małżeństwa jest pomoc dwojgu ludzi w codziennym życiu. W słowach tych wyraża się niejako zdanie usłyszane przez człowieka w raju:

Potem Pan Bóg rzekł:
«Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam,
uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc».
Księga Rodzaju 2,18

Można jednak odnieść wrażenie, że aż do XX wieku Kościół w jakiś sposób unikał tematu regulacji poczęć. Nie był to temat trapiący w szczególny sposób ojców Kościoła, choć u św. Augustyna znajdziemy wzmianki na ten temat. Nieco więcej o małżeństwie i samym współżyciu powiedział siedem wieków później św. Tomasz. Trzeba jednak pamiętać, że był to czas, w którym nie ukuło się jeszcze znane nam dzisiaj pojęcie “otwartości na życie”, a regulacja poczęć następowała głównie na drodze aborcji i to właśnie o tym sposobie zapobiegania posiadania dziecka częściej się w pierwszych wiekach wspomina. Należy brać też pod uwagę to, że wiedza na temat samego zapłodnienia, jak i rozwoju płodu, znacznie odbiegała od tego, co wiemy dzisiaj. Wystarczy podać za przykład św. Tomasza, który uważał, że nośnikiem duszy jest nasienie ojca, które łączy się następnie z krwią menstruacyjną kobiety tworząc w ten sposób zarodek obdarzony najpierw duszą wegetatywną, następnie duszą zmysłową, a ostatecznie – duszą rozumną. Pogląd nie do pogodzenia z dzisiejszą wiedzą naukową.

Dość niedoskonałą, ale niekiedy jedyną metodą antykoncepcji, rozumianej jako przeciwdziałanie zapłodnieniu, bywał w tamtym czasie stosunek przerywany, który znalazł krytykę np. u św. Augustyna. Sprzeciwiał się on takim czynom, a unikanie potomstwa nazywał haniebnym. 

Brak szerszego opisania tematu czy to przez Ojców, czy przez papieży pierwszych wieków, może jednak świadczyć na korzyść małżonków, którzy chcieliby współżyć w czasie ciąży. Aż do upowszechnienia się metod regulacji poczęć na początku XX wieku, Kościół prawie wcale nie zajmował się tym tematem, ponieważ nie musiał. Wszystkie stosunki pomiędzy żoną i mężem były uważane za godne, zarówno te płodne i zakończone ciążą, jak i te niepłodne, czy to z powodu momentu cyklu (który wtedy jeszcze nie był znany tak jak dzisiaj), czy nawet w czasie ciąży. Gdyby współżycie w czasie ciąży było uważane za grzeszne, powinniśmy znaleźć o tym wzmianki w magisterium jeszcze przed erą antykoncepcji.


Casti connubii 

Encyklika Casti connubii Piusa XI z 31.12.1930 roku jest pierwszym dokumentem, który szerzej omawia kwestie kontroli urodzeń i przedstawia ocenę tego zjawiska z perspektywy magisterium. Odwołuje się ona do założeń przedstawionych przez Leona XIII, ale wchodzi głębiej w szczegóły i opisuje zjawiska, które nieznane były wcześniej. Czytamy w niej m.in.

Otóż uczynek małżeński z natury swej zmierza ku płodzeniu potomstwa. Działa zatem przeciw naturze i dopuszcza się niecnego, w istocie swej nieuczciwego czynu, ten, kto spełniając uczynek, świadomie go pozbawia jego skuteczności.

(…) ktokolwiek użyje małżeństwa w ten sposób, by umyślnie udaremnić naturalną siłę rozrodczą, łamie prawo Boże oraz prawo przyrodzone i obciąża sumienie swoje grzechem ciężkim.

Widzimy zatem, że Kościół już wtedy jasno opowiedział się przeciw antykoncepcji. Wszelkie świadome formy przeciwdziałania poczęciu określone są jako grzech ciężki. Dzieje się tak dlatego, że akt taki jest przeciw naturze, jest wynaturzony, albo można by rzec jeszcze inaczej – nienaturalny. Siła rozrodcza jest naturalna i to właśnie w nienaturalności aktu seksualnego leży tutaj problem. Można by zatem zadać sobie pytanie, czy jest coś nienaturalnego w akcie seksualnym, w czasie którego z powodów wynikających z funkcjonowania ciała nie ma szans dojść do poczęcia? Niezależnie od tego, czy jest to spowodowane momentem cyklu, ciążą, czy jeszcze innymi czynnikami, np. chorobowymi.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, która będzie wracać kilkukrotnie przy kolejnych cytowanych dokumentach. Ojciec Święty pisze o “świadomym pozbawianiu skuteczności” i “umyślnym udaremnianiu”. Małżonkowie współżyjący w czasie ciąży nie podejmują żadnej czynności, by świadomie i umyślnie udaremnić skuteczność poczęcia aktu seksualnego mającego miejsce w czasie ciąży. “Udaremnienie” poczęcia nie odbywa się zatem na drodze ich świadomego i celowego działania, ale na skutek naturalnych procesów, które przecież, jak wyżej wspomniałem, są kwintesencją godnego aktu seksualnego. Różnica bardzo subtelna, ale istotna, podmiotowa. Podmiotem udaremnienia jest siła natury, a nie wola konkretnych osób. 

W tym miejscu warto jeszcze zacytować jeden fragment encykliki mówiący o współżyciu w czasie, w którym nie ma szans na poczęcie. Papież zauważa, że o ile akt seksualny sam w sobie jest naturalny i niezaburzony żadną celową ingerencją, to nawet jeśli w spodziewany sposób miał być w swej naturze bezpłodny (np. ze względu na wiek małżonków, czy inną ułomność) – jest godny.

Nie można i tych małżonków pomawiać o występek przeciw porządkowi przyrodzonemu, którzy z praw swoich w naturalny i prawidłowy sposób korzystają, chociaż się już potomstwa spodziewać nie mogą dla powodów naturalnych, czy to wieku, czy też innych jakichś ułomności. 

Wydawałoby się, że w zasadzie na tym jednym stwierdzeniu można by zakończyć ten wpis. Stracilibyśmy jednak wtedy okazję do poznania innych, bardzo ciekawych i pouczających fragmentów nauczania Kościoła. Kontynuujmy zatem, bo zaraz po zacytowanych wyżej słowach Ojciec Święty dodaje arcyciekawe, a dla niektórych szokujące spostrzeżenie:

Małżeństwo bowiem i używanie go obejmuje jeszcze drugorzędne cele, jak wzajemną pomoc, wzajemną miłość i uśmierzanie pożądliwości. Do tych celów wolno małżonkom dążyć, jeśli tylko przestrzegają prawidłowości owego aktu i podporządkowują go celowi pierwszemu.

Podsumowując to, co do tej pory padło, Pius XI podkreśla jak istotna jest naturalność aktu seksualnego i choć stawia rozmnażanie się jako cel pierwszorzędny, to czerpiąc od Leona XIII ukazuje również inne jego cele, czyli umacnianie miłości i (co może niektórych szokować) uśmierzanie pożądliwości. Tak, Ojciec Święty pisze, że o ile akt seksualny nie jest umyślnie udaremniony pod względem płodności, jest godny nawet wyłącznie po to, by uśmierzyć pożądliwość małżonków, również wtedy, gdy “potomstwa spodziewać się nie mogą”. 

Ten ostatni, dość ciekawy aspekt rozwinął w swojej wypowiedzi kolejny papież Pius XII, który w przemówieniu z 29 października 1951 r. powiedział:

Sam Stwórca sprawił… że małżonkowie we wspólnym, całkowitym oddaniu się fizycznym doznają przyjemności i szczęścia cielesnego i duchowego. Gdy więc małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca. I w tym jednak powinni małżonkowie umieć pozostawać w granicach słusznego umiarkowania.

Możemy zatem (piszę z perspektywy żonatego mężczyzny) używać przyjemności, zaspokajać swój popęd, doznawać szczęścia cielesnego i, o ile oddajemy się sobie całkowicie (czyli odwołując się do powyższej encykliki w sposób nie uchybiający naturze), robimy to godnie. Z tym także można jednak przesadzić, jak zresztą ze wszystkim, dlatego warto i tutaj zachować umiar. Wypowiedź tę możemy przeczytać w 2362. punkcie Katechizmu Kościoła Katolickiego. Jest ona jednak niezwykle ważna, ponieważ stanowi argument przeciwko padającym zarzutom, jakoby akt seksualny dziejący się w czasie, kiedy nie można spodziewać się poczęcia, był jedynie realizacją “zwierzęcych popędów”. Pius XII odbija tę piłkę mówiąc, że nie ma nic złego w poszukiwaniu przez małżonków przyjemności i cieszeniu się nią. Przecież tę przyjemność “Sam Stwórca sprawił…”


Gaudium et spes

Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym ogłoszona przez papieża Pawła VI 7 grudnia 1965 jest kolejnym ważnym dokumentem poruszającym temat świętości małżeństwa i wartości aktu seksualnego. Zagadnieniu temu poświęcone są dość obszerne punkty 47-52. Nie sposób zacytować ich tutaj w całości, choć są niezwykle cenne. Zachęcam zatem do ich przeczytania samemu.

Ojcowie soborowi w punkcie zatytułowanym “miłość małżeńska” czynią wykład tego, jak ona powinna wyglądać, opisując ją jako czystą, niepodzielną, ludzką, wiążącą czynniki boskie i ludzkie. Następnie opisują oni sposoby wyrażania tej miłości i dochodzą do stwierdzenia, że:

(m)iłość wyraża się i dopełnia w szczególny sposób właściwym aktem małżeńskim. Akty zatem, przez które małżonkowie jednoczą się z sobą w sposób intymny i czysty, są uczciwe i godne; a jeśli spełniane są prawdziwie po ludzku, są oznaką i podtrzymaniem wzajemnego oddania się, przez które małżonkowie ubogacają się sercem radosnym i wdzięcznym.

Akty seksualne, są uczciwe, godne i są szczególnym wyrazem miłości. Nie sposób zatem zrozumieć twierdzenia Pani Natalii, która twierdzi iż “współżycie w trakcie ciąży obraża również to małe dzieciątko, które znajduje się w łonie matki.” Kościół określa akt małżeński jako rzeczywistość dobrą i wręcz pożądaną, jako przestrzeń obdarzania się miłością i okazywania sobie miłości. Tak, jest to rzeczywistość intymna i wypaczeniem tej sfery jest otwieranie jej na widok innych, co czyni np. pornografia. Jestem jednak przekonany, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy aktem seksualnym dziejącym się w obecności osób trzecich, a aktem małżeńskim dziejącym się w czasie ciąży. 

O wyjątkowości aktu małżeńskiego mówi także cytowany już przeze mnie we wpisie “Wierność” z cyklu “Przysięga małżeńska” fragment książki “Sakrament i misterium” kard. Ratzingera.

Te biologiczne fakty stanowią prawdziwe aktualizacje strumienia życia, w który włączony jest człowiek i w nim, jako istocie przekraczającej swoją własną naturę, zyskują nowy wymiar, stając się […] szczelinami, przez które na płaszczyznę ludzkiej codzienności spogląda to co wieczne.
Kard Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium, s. 29

Pozwolę sobie teraz powtórzyć fragment tamtego wpisu omawiający powyższy cytat. Po resztę – zapraszam do lektury całości. 

Jako kontekst warto dodać, że Kard. Joseph Ratzinger, jeden z największych teologów ostatnich dziesięcioleci, późniejszy papież Benedykt XVI,  w rozdziale, z którego pochodzi ten fragment, mówi o tzw. prasakramentach, które istniały od zarania dziejów. Były nimi: spożywanie posiłku i zjednoczenie płciowe. Wiem, że cytowane zdanie jest zawiłe i trudne, ale w genialny sposób pokazuje ono na czym polega świętość zjednoczenia płciowego. 

Wydarzenie to, na pierwszy rzut oka, jest czysto biologicznym faktem. Bardzo dobrze to widać w całej dzisiejszej publicystyce dotyczącej seksualności. Skupia się ona na technikach, pozycjach, gadżetach, hormonach, procesach w mózgu, itd. Nie możemy jednak pozostać na tej płaszczyźnie. Ona istnieje, jest prawdziwa, jest ważna, ale seksualność na niej się nie kończy. Seksualność jest szczeliną, przez którą na to co proste, biologiczne i codzienne spogląda wieczność. Wieczność, czyli niebo. Wieczność, czyli Bóg.

Nasza seksualność, nasza emocjonalność i płciowość nie są zatem tylko i wyłącznie  pewnymi zdarzeniami o charakterze biologicznym, ale mają charakter duchowy. Więcej nawet – są to miejsca, w których mamy budować naszą świętość! Jeśli zatem moje emocje, moja seksualność, moje namiętności oddalają mnie od Boga, to oznacza, że nie realizuję tak jak powinienem mojej przysięgi małżeńskiej. Jeśli z kolei chcemy stawać się lepsi, bardziej oddani sobie, bardziej zjednoczeni, mocniej kochający, bliżsi ideałowi miłości agape i chcemy to robić we wszystkich obszarach naszej relacji, również w tych związanych z naszymi emocjami, a nawet łóżkiem małżeńskim, to jesteśmy na dobrej drodze. I przy odrobinie wysiłku może udać nam się zbudować krok po kroku świętą emocjonalność, seksualność, świętą przyjemność.

Wróćmy jednak treści konstytucji duszpasterskiej, bo jej kolejny, pięćdziesiąty punkt wprost jest zatytułowany jako “Płodność małżeńska”. Rozwija on to, co wybrzmiewało już w przywoływanych powyżej tekstach. Małżonkowie są powołani do rodzenia potomstwa, a ono jest dla nich darem i dobrem. Współpracują w ten sposób z Bogiem i w pewien sposób wyrażają Jego miłość do człowieka. Przypomniana jest dotychczasowa nauka w tej kwestii. Konstytucja zdaje się jednak dodawać coś, co nie było artykułowane wprost we wcześniejszym nauczaniu (choć obecne poprzez zaznaczenie wielorakich celów małżeństwa).

Małżeństwo jednak nie jest ustanowione wyłącznie dla rodzenia potomstwa; sama bowiem natura nierozerwalnego związku między dwoma osobami oraz dobro potomstwa wymagają, aby także wzajemna miłość małżonków odpowiednio się wyrażała, aby się rozwijała i dojrzewała. Dlatego małżeństwo trwa jako połączenie i wspólnota całego życia i zachowuje wartość swoją oraz nierozerwalność nawet wtedy, gdy brakuje tak często pożądanego potomstwa.

Słowa te rozwijają myśl mówiącą o tym, że rodzenie potomstwa nie jest jedynym celem małżeństwa, ale dodają także, że małżeństwo zachowuje swoją wartość nawet wtedy, gdy potomstwa z jakiegoś powodu nie rodzi. Mamy tutaj zatem zawartą pewną intuicję mówiącą o tym, że jeśli z jakiegoś powodu małżeństwo nie może posiadać potomstwa, nadal jest tak samo wartościowe. Łącząc to z dotychczas przytaczanym nauczaniem można zatem powiedzieć, że np. przypadki bezpłodności nie ujmują w żaden sposób godności małżeństwa, ponieważ nie zostało ono stworzone wyłącznie do przekazywania życia. Wyraża się to w akcie seksualnym, który również ma inne cele i jeśli sam w sobie nie jest płodny, nadal, jak całe małżeństwo, pozostaje godny, o ile jest naturalny, czyli zakłada “całkowite fizyczne oddanie się.” (por. Pius XII)

Jest to ważne stwierdzenie w kontekście omawianej dzisiaj wypowiedzi. Jeśli małżeństwo z jakichś powodów nie może posiadać potomstwa, to idąc tropem myślenia pani Natalii – nie może ze sobą współżyć, ponieważ mają oni pewność, że do ciąży nie dojdzie. Parafrazując Panią Natalię, można by rozszerzyć jej słowa i powiedzieć o tym, że bezpłodność “jest formą antykoncepcji”. Jest to teza zupełnie nie do obronienia w świetle nauczania Kościoła.


Humane Vitae

Dochodzimy teraz do dokumentu, który stał się przełomowym. Do tej pory nauczanie dotyczące antykoncepcji, choć obecne, pojawiało się zwykle przy okazji myśli dotyczących miłości małżeńskiej i z pewnością nie było omówione kompleksowo. Encyklika Humane Vitae Pawła VI z 25 VII 1968 r. to pierwszy dokument w całości poświęcony wyłącznie tematowi regulacji poczęć i nauczania Kościoła w tej kwestii. 

W tym miejscu pojawia się w mojej głowie ogromny dylemat, dotyczący tego, który z punktów należy zacytować, a który można opuścić. Tekst, zanim padną w nim konkretne stwierdzenia dotyczące antykoncepcji, prowadzi nas przez bardzo wartościowy wstęp mówiący o samym człowieku, jak i cechach miłości małżeńskiej. Pozwolę sobie go jednak pominąć i znów odsyłam do pełnego tekstu. Dokument ten nie jest długi i warto przeczytać go w całości. 

W interesującej nas kwestii ciekawym wydaje się już punkt 11. mówiący o wewnętrznym ładzie stosunku seksualnego.

Stosunki, przez które małżonkowie jednoczą się w sposób intymny i czysty, i przez które przekazuje się życie ludzkie, są – jak to przypomniał niedawno Sobór – „uczciwe i godne”. Nie przestają być moralnie poprawne, nawet gdyby przewidywano, że z przyczyn zupełnie niezależnych od woli małżonków będą niepłodne, ponieważ nie tracą swojego przeznaczenia do wyrażania i umacniania zespolenia małżonków. Wiadomo zresztą z doświadczenia, że nie każde zbliżenie małżeńskie prowadzi do zapoczątkowania nowego życia. Bóg bowiem tak mądrze ustalił naturalne prawa płodności i jej okresy, że już same przez się wprowadzają one przerwy pomiędzy kolejnymi poczęciami. Jednakże Kościół, wzywając ludzi do przestrzegania nakazów prawa naturalnego, które objaśnia swoją niezmienną doktryną, naucza, że konieczną jest rzeczą, aby każdy akt małżeński zachował swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego.

Znów spotykamy tutaj przywołane dotychczasowe nauczanie, jednak nie sposób odnieść wrażenia, że Paweł VI rozwija te myśli i je uzupełnia. Pisze on wprost, że okresy płodne i niepłodne wynikają z praw natury. Okresy, które ma na myśli w pierwszej kolejności Ojciec Święty, to z pewnością naturalny cykl menstruacyjny, jednak bez jakiejś logicznej gimnastyki, w sposób oczywisty możemy uznać za taki naturalny okres niepłodny również ciążę, a nawet okres karmienia piersią (ten ostatni jest niepłodny pod pewnymi warunkami, nie jest to jednak miejsce na dokładne omówienie). Papież mówi, że nawet gdy spodziewamy się, że akt będzie bezpłodny (np. w czasie ciąży), ale “zachowuje swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego” – jest on uczciwy i godny, bo wyraża i umacnia małżonków. 

Problematyczne może być jednak w tym kontekście dość zawiłe określenie wewnętrznego przeznaczenia do przekazywania życia. Teologowie rozwijając tę myśl odwołują się znów do pojęcia naturalności. Można zatem powiedzieć, że chodzi tu o to, by stosunek taki, był “taki jak zwykle”, tak by nie było różnicy pomiędzy otwartym na życie stosunkiem w czasie płodnym, jak i w czasie spodziewanej niepłodności. W zwyczajnym nauczaniu i interpretacjach teologów analizujących encyklikę wyewoluuje to następnie do praktycznej zasady “konieczności złożenia nasienia w pochwie”. Podsumowując – o ile ta zasada zostaje dotrzymana, to wszelkie wynikające z natury czynniki czyniące akt seksualny niepłodnym, nie czynią go niegodnym lub grzesznym. I znów, można by powiedzieć, że to argument kończący dyskusję. Spróbujmy jednak pójść jeszcze nieco dalej.

Kolejnym ważnym fragmentem encykliki, który domaga się choć krótkiego omówienia jest punkt 13., którego fragment przytaczam poniżej.

Podobnie, jeżeli się sprawę dobrze rozważy, trzeba przyznać, że taki akt wzajemnej miłości dokonany z uszczerbkiem dla zdolności przekazywania życia którą Bóg-Stwórca wszechrzeczy związał z tym aktem specjalnymi prawami – pozostaje w sprzeczności zarówno z planem Bożym, według którego małżeństwo zostało ustanowione, jak i z Wolą Pierwszego Twórcy ludzkiego życia. Jeżeli więc ktoś korzysta z daru Bożego pozbawiając go, choćby tylko częściowo, właściwego znaczenia i celowości, działa wbrew naturze tak mężczyzny jak i kobiety, a także wbrew głębokiemu ich zespoleniu. I właśnie dlatego sprzeciwia się też planowi Boga i Jego świętej woli. 

Chciałbym przywołać teraz zaznaczoną już raz myśl i ponownie zwrócić uwagę na formę określeń stosowanych przez Ojca Świętego. Mówi on o “dokonaniu z uszczerbkiem”, “pozbawieniu”, “działaniu wbrew naturze”. Podobnie dzieje się w kolejnym punkcie (którego w swojej łaskawości dla czytelnika nie będę cytował), gdzie używa takich określeń jak “bezpośrednie obezpłodnienie”, “działanie”, “pozbawianie płodności z rozmysłem”. Papież bardzo mocno podkreśla celowość działania, które wypacza naturalne złączenie małżonków, jest intencjonalne i chce ubezpłodnić konkretny akt seksualny. Żadna z tych przesłanek nie zachodzi w przypadku pełnego oddania, naturalnego współżycia małżonków dziejącego się w czasie ciąży. 

Punkt ten mówi jednak więcej, ponieważ opisuje dlaczego akt spełniający te warunki jest grzeszny. Dzieje się tak dlatego, że człowiek działa wtedy wbrew naturze i wbrew głębokiemu zespoleniu małżonków. Można zatem powiedzieć, że w ubezpładnianiu aktu nie tyle problemem jest brak poczęcia w konkretnej sytuacji, ale działanie przeciw naszej naturze i przeciw pozostałym celom współżycia. Wydaje się to być większym występkiem, niż samo pozbawienie aktu płodności. 

Na koniec tego rozdziału konieczne jest przywołanie fragmentów punktu 16.

Kościół jest zgodny z samym sobą i ze swoją nauką zarówno wtedy, gdy uznaje za dozwolone uwzględnianie przez małżonków okresów niepłodności, jak i wtedy, gdy potępia, jako zawsze zabronione, stosowanie środków bezpośrednio zapobiegających poczęciu, choćby nawet ten ostatni sposób postępowania usprawiedliwiano racjami, które mogłyby się wydawać uczciwe i poważne. W rzeczywistości między tymi dwoma sposobami postępowania zachodzi istotna różnica.

W pierwszym wypadku małżonkowie w sposób prawidłowy korzystają z pewnej właściwości danej im przez naturę. W drugim zaś, stawiają oni przeszkodę naturalnemu przebiegowi procesów związanych z przekazywaniem życia. Jest prawdą, że w obydwu wypadkach małżonkowie przy obopólnej i wyraźnej zgodzie chcą dla słusznych powodów uniknąć przekazywania życia i chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte.

Istnieje zatem istotna różnica pomiędzy poruszaniem się w obszarze wynikających z naszej natury okresów płodności i niepłodności, a bezpośrednim (znów należy podkreślić to słowo) zapobieganiu poczęciu, nawet jeśli pozornie obydwa te działania są bardzo podobne i przynoszą identyczny skutek! W pierwszym przypadku, mówi Kościół, możemy korzystać z tego co Bóg wpisał w nasza naturę, w drugim – staramy się działać wbrew niej. Szerzej będzie to rozwinięte w kolejnym rozdziale.


Familiaris Consortio

Adhortacja Apostolska o zadaniach rodziny w świecie współczesnym. Familiaris Consortio, ogłoszona przez Jana Pawła II 22.11.1981r. jest ostatnim dokumentem papieskim, który przywołam. Warto jednak dodać, że nie kończy się na nim nauczanie papieskie w tej kwestii. Jest on streszczeniem myśli Ojca Świętego, która swoją pełnię i właściwe rozwinięcie znalazła w cyklu katechez papieskich z lat 1979-1984, a wydanych pod zbiorczym tytułem „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”. Jest to lektura żmudna i trudna, jednak niezwykle wartościowa. 

Zważając tym razem na własne ograniczenia, pozostanę na poziomie fragmentów adhortacji, a chętnych ponownie odeślę do samodzielnego sięgnięcia po całość dokumentu, jak i katechez. Jeśli chodzi o inne oficjalne dokumenty papieskie, znajdziemy także inne mówiące o małżeństwie i małżeńskiej miłości jak np. encyklika „Evangelium Vitae” Jana Pawła II (poświęcona głównie tematowi świętości już poczętego życia), encyklika „Deus Caritas Est” Benedykta XVI (w której znajdziemy rozważania mówiące o miłości Bożej, ale wychodzące od ludzkiej miłości eros), a skończywszy na Adhortacji „Amoris Laetitia” Franciszka (która na ten moment jest najnowszym dokumentem poruszającym temat małżeństwa i problemów pojawiających się między małżonkami). Nie wnoszą one jednak do omawianego tutaj tematu nic przełomowego i choć same w sobie bardzo ciekawe i wartościowe, stanowiłyby w mojej opinii niepotrzebne wydłużenie tego tekstu.

W „Familiaris Consortio” tym, co rzuca się w oczy w interesującym nas temacie, jest niejakie rozszerzenie definicji płodności, która teraz już nie tylko odnosi się do bezpośredniego przekazywania życia. W punkcie 16. czytamy:

Człowiek bezżenny, chociaż wyrzeka się płodności fizycznej, staje się płodny duchowo, staje się ojcem i matką wielu, współpracując w dziele kształtowania się rodziny wedle zamysłu Bożego.

Wniosek (mam nadzieję, że uprawniony), który trochę intuicyjnie się nasuwa jest taki, że obezpładnianie aktu seksualnego, oprócz tego, że samo w sobie jest niewłaściwe, tak naprawdę jest tylko przejawem pewnego większego nieuporządkowania, czyli postawy będącej wewnętrznym zamknięciem się na płodność (czy to w sensie fizycznym, czy duchowym). Wydaje się to dość ulotne, lecz ważne, ponieważ w ten sposób, odwracając sytuację, możemy powiedzieć, że akt seksualny jest godny i piękny, gdy jest naturalny, a jest taki dlatego, że wewnętrzne nastawienie człowieka jest właściwe i objawia się ono w pełnym oddaniu się sobie i otwarciu na życie w konkretnym akcie. 

Sytuacja, w której małżonkowie oddają się sobie w pełni, w czasie gdy w łonie kobiety rozwija się dziecko, z pewnością nie kłóci się z wewnętrznym pragnieniem płodności i może być wyrazem takiej postawy. Znajduje to swoje odbicie również w dalszej części adhortacji, jak np. w punkcie 28., w którym czytamy, że “podstawowym zadaniem rodziny jest służba życiu”, a ta wyraża się poprzez rodzenie. Jan Paweł II schodzi zatem z nauczaniem dotyczącym płodności kolejny poziom w głąb, określając rodzenie jako jeden z wielu przejawów służby życiu.

Płodność miłości małżeńskiej nie zacieśnia się wszakże tylko do fizycznego rodzenia dzieci, choćby nawet była pojmowana w swym specyficznie ludzkim wymiarze: poszerza się i ubogaca wszelkimi owocami życia moralnego, duchowego i nadprzyrodzonego, jakie ojciec i matka z racji swego powołania winni przekazać w darze dzieciom, a poprzez dzieci, Kościołowi i światu.

Następnie papież przywołuje dość szerokie fragmenty omawianej już „Humane Vitae”, powtarzając za Pawłem VI nauczanie mówiące o różnicy pomiędzy naturalnym stosunkiem niepłodnym, a stosunkiem celowo obezpłodnionym. Kończy te rozważania bardzo ciekawą konkluzją:

W świetle samego doświadczenia tylu par małżeńskich, a także danych, których dostarczają różne gałęzie ludzkiej wiedzy, refleksja teologiczna winna uchwycić, a następnie, zgodnie ze swoim powołaniem, uwydatnić różnicę antropologiczną a zarazem moralną, jaka istnieje pomiędzy środkami antykoncepcyjnymi, a odwołaniem się do rytmów okresowych: chodzi tu o różnicę znacznie większą i głębszą niż się zazwyczaj uważa, która w ostatecznej analizie dotyczy dwóch, nie dających się z sobą pogodzić, koncepcji osoby i płciowości ludzkiej. 

Wybór rytmu naturalnego bowiem, pociąga za sobą akceptację cyklu osoby, to jest kobiety, a co za tym idzie, akceptację dialogu, wzajemnego poszanowania, wspólnej odpowiedzialności, panowania nad sobą. Przyjęcie cyklu i dialogu oznacza następnie uznanie charakteru duchowego i cielesnego zarazem komunii małżeńskiej, jak również przeżywanie miłości osobowej w wierności, jakiej ona wymaga.

Ojciec Święty zauważa, że tematyka ta, choć wydaje się już dość dokładnie w nauczaniu opisana, wciąż wymaga rozwijania i wzywa do tego teologów.  Ważnym jest jednak dla niego nie to, w jakiej konkretnie sytuacji współżycie jest godne, a w jakiej nie, ale o dwie różne koncepcje osoby i płciowości ludzkiej. Ponownie zatem wybrzmiewa tutaj przekonanie, że otwarcie się na życie lub nie jest przede wszystkim aktem wewnętrznym, który przejawia się następnie w konkretnym, grzesznym lub nie, zachowaniu. Zachowanie takie jest zatem skutkiem, a ewentualną przemianę i nawrócenie wypadałoby w takim przypadku zacząć od zbadania i nawrócenia swego wnętrza. 

Na koniec tego rozdziału warto jeszcze zacytować punkt 2379 Katechizmu, który odwołuje się do koncepcji duchowej płodności, o której pisałem powyżej.

Ewangelia ukazuje, że bezpłodność fizyczna nie jest absolutnym złem. Małżonkowie, którzy po wyczerpaniu dozwolonych środków medycznych cierpią na bezpłodność, złącza się z krzyżem Pana, źródłem wszelkiej duchowej płodności. Mogą oni dać dowód swej wielkoduszności, adoptując opuszczone dzieci lub pełniąc ważne posługi na rzecz bliźniego.

Myślę, że uprawnionym jest tutaj wniosek, że zgodnie z Katechizmem można być płodnym, nawet gdy jest się fizycznie bezpłodnym i w żaden sposób nie ujmuje to wartości człowieka, a w konsekwencji – wartości jego aktów seksualnych.


Ewangelia

Na sam koniec chciałbym się krótko odnieść do cytowanego przez Panią Natalię fragmentu Ewangelii wg. św. Mateusza, gdzie rzeczywiście czytamy, że Józef “nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna (…)” Miałby być to argument za tym, by nie współżyć w czasie ciąży. 

Wydaje się on być chybiony z dwóch powodów. Po pierwsze, nawet nie zakładając wiecznego dziewictwa Maryi – skoro zostało to tak bardzo podkreślone, musiała to być sytuacja wyjątkowa. Zatem domyślnie, czymś naturalnym jest to, że ludzie, również w czasie ciąży ze sobą współżyją. 

Po drugie – jak wiemy z Dogmatu „O Maryi zawsze Dziewicy” z 649 r.: “Najświętsza Maryja Dziewica z Nazaretu zachowała swoje nienaruszone dziewictwo przy poczęciu i narodzinach Syna Bożego i w całym Swoim ciężkim życiu.” Czyli Józef nie zbliżał się do niej wcale, nie tylko w czasie ciąży. Uprawnionym wnioskiem będzie zatem to, że nie jest to wzór dla współczesnych małżonków, który możemy stosować jeden do jednego. Osoby zainteresowane tym zagadnieniem i wnioskami płynącymi dla człowieka z wiecznego dziewictwa Maryi odsyłam do wspomnianych wyżej katechez papieskich i do encykliki Jana Pawła II Redemptoris Mater z 25 marca 1987 roku.


Podsumowanie

Nauczanie Kościoła na temat antykoncepcji wydaje się być spójne. Prześledziliśmy to, jak rozwijało się ono na przestrzeni czasu. W żadnym miejscu tego nauczania nie znajduję argumentu za tym, by uznać współżycie w czasie ciąży jako grzeszne. Myślenie takie wydaje się opierać na niepełnym i dość wyrywkowym traktowaniu tego, co mówi Kościół. 

Z drugiej strony, żaden z cytowanych powyżej fragmentów nie mówił o współżyciu w czasie ciąży wprost. Domyślam się, że znajdą się i tacy, którzy w określeniu mówiącym o “naturalnych prawach płodności i jej okresach” będą widzieć jedynie cykl menstruacyjny i odrzucą interpretację mówiącą, że dotyczy to też, naturalnego przecież, stanu niepłodności jakim jest ciąża. Cóż, nie wydaje się, by taki sposób interpretacji miał być trudny do podważenia. Nawet jeśli na chwilę przyjmiemy tę logikę, ostatecznie dojdziemy do wniosku, że skoro magisterium nie mówi o omawianym zagadnieniu wprost, to także wprost go nie zakazuje. Traktowanie seksu w czasie ciąży jako grzech, z tego samego powodu, będzie nadużyciem. 

Pani Natalia, choć bardzo często daje piękne świadectwo, niekiedy zdarza się popełniać podobne błędy. Nie sposób odnieść wrażenia, że sfera seksualności jest przez nią odbierana głównie przez pryzmat zagrożeń. Może to być jednak tylko moja percepcja. W powyższym tekście odniosłem się tylko do jednej z tez. Pól do polemiki w jej wypowiedziach znajduję jednak zdecydowanie więcej. Omówienie pozostałych pozostawiam jednak na ten moment innym.

 

Kilka dni przed publikacją tego wpisu wysłałem go do pani Natalii Ruś dając jej możliwość odniesienia się do niego i ewentualnego skomentowania. Taki komentarz byłem gotowy umieścić na końcu wpisu. Do dzisiaj nie dostałem odpowiedzi.

4 komentarze

      • Dddd

        A czy to tak trudno powstrzymać się od seksu na rok? To co się dzieje teraz w Kościele to jest jakiś skandal, niedługo związki homoseksualne będą błogosławione jak w Niemczech. Seks służy przede wszystkim płodzeniu dzieci! Tak nauczał Kościół przedsoborowy i tak naucza chociażby encyklika Humanae Vitae! Niestety ta encyklika nie stawia na pierwszym miejscu prokreacji i przez to właśnie dzisiejsze małżeństwa mają jedno może dwójkę dzieci, jak tak dalej pójdzie to za 200 lat wymrzemy jak dinozaury, już teraz niż demograficzny zaczyna siać spustoszenie! Należy również podkreślić, że encyklika Humanae Vitae dopuszcza NPR ale wyjątkowo! To właśnie Najka ma racje, seks w ciąży tak samo jak seks dla przyjemności powinien być surowo zakazany! Kościół nie może ulegać światu, ma głosić ludziom niewygodną prawdę! Nie rozumiem jak kulturalny człowiek i to jeszcze katolik może praktykować jakieś pornograficzne wygibasy rodem z kamasutry. I jeszcze Kościół temu przyklaskuje. Kościół musi wrócić do dawnego nauczania, musi piętnować hedonizm, musi nauczać że to prokreacja nadaje sens współżyciu i małżeństwu!

        • arkadiusz

          Przytoczone przeze mnie we wpisie dokumenty i wypowiedzi pokazują, że Kościół wskazywał na rózne cele współżycia małżeńskiego również przed soborem. W mojej ocenie – nauczanie w tym zakresie jest na przestrzeni wieków, aż do dzisiaj dość spójne.

          Nie do końca rozumiem do którego fragmentu tekstu i do kogo odnosi się fragment o „kulturalnym człowieku i to jeszcze katoliku praktykującym jakieś pornograficzne wygibasy rodem z kamasutry”, więc się do niego nie odniosę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *