Szary czyta

„W dół do ziemi” – Robert Silverberg

Od jakiegoś czasu romansuję z science fiction. Podoba mi się w nim to, że pozwala na zadanie pytań dotyczących naszej natury, które trudne są do zadania w innych gatunkach literackich. Wystarczy zmienić jakieś jedno, oczywiste dla nas założenie i momentalnie otwierają się przed nami nowe światy, nowe gatunki, nowe planety, inni ludzie.

Dobrzy autorzy, potrafią na tym, niczym na żyznym gruncie stworzyć powieści i opowiadania, które nie tylko są dobrą przygodówką dziejącą się w jakimś innym świecie, ale także mini-traktatem filozoficznym.

Stając jednak w prawdzie nie mogę się nazwać ekspertem od sci-fi, bo wciąż przeczytałem niewiele. „W dół do ziemi” jest jedną z pozycji, które Wydawnictwo Vesper wydaje w swojej przepięknej serii ’Wymiary’, którą to serię postanowiłem zbierać i czytać w ramach dalszego wgłębiania się w gatunek. Dodatkowo przekonuje mnie do niej to, że ma ona prezentować różne (no właśnie) wymiary sci-fi, więc w jej ramach mamy opasłe, tysiącstronicowe tomiszcza oraz krótkie, w zasadzie jednowątkowe powieści jak ta.

Książka ta nie jest bowiem długa, liczy raptem 200 stron i czyta się ją szybko i przyjemnie. Niebagatelne znaczenie ma tutaj język, który jest lekki, opisy ciekawe i trafione w punkt jeśli chodzi o ich długość i szczegółowość. A opisywać jest co. Akcja dzieje się na obcej planecie, wypełnionej dziwnymi zwierzętami i zachwycającą swym pięknej i dziwnością roślinnością. Bohaterem jest Edmunt Gunderson, który powraca na nią po kilku latach i jego celem jest odbycie swoistej pielgrzymki, drogi oczyszczenia, w której, jak ma nadzieję, zrzuci z siebie ciężar win zaciągniętych przed laty na tym świecie. W drodze tej towarzyszą mu sulidory i nildory – dwa inteligentne gatunki rządzące tym miejscem.

Całość od samego początku trąci swoistym mistycyzmem. Wyczuwamy jakąś duchową tajemnicę kryjącą się za działaniami bohatera i w kolejnych rozdziałach wchodzimy coraz głębiej w tę tajemnicę. Sam tytuł pochodzi z Biblii, z trzeciego rozdziału Księgi Koheleta, gdzie czytamy: „Któż pozna, czy siła życiowa synów ludzkich idzie w górę, a siła życiowa zwierząt zstępuje w dół, do ziemi?” Nawiązań do Biblii, ale także do wielu innych wierzeń (głównie buddyzmu i religii wschodu) znajdziemy w książce dużo więcej.

Przede wszystkim jest ona dla mnie komentarzem mówiącym o naszym miejscu pomiędzy innymi gatunkami (zarówno tymi znanymi nam na ziemi, jak i tymi hipotetycznymi, jeszcze nie odkrytymi). Mówi także o naszej nieustannej potrzebie podboju i braku chęci zrozumienia inności. Idealnie podsumowuje ją zdanie z „Solarisa” Stanisława Lema, które pojawia się zarówno we wstępie, jak i posłowiu książki.

Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. (…) Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.”

Książkę polecam, czytanie sprawia przyjemność i choć powstała przeszło 50 lat temu, prawie wcale się nie postarzała. Osobiście, byłem jedynie nieco rozczarowany zakończeniem. Było ono co prawda nieco zaskakujące, jednak ostatecznie chyba odrobinę przekombinowane. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to całkiem przyzwoita, krótka powieść sci-fi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *