Szary czyta

„Statek widmo” – Frederick Marryat

Kojarzycie przeklęty statek „Latający Holender” z serii filmów o piratach? A wiecie, że wyobrażenie to bazuje na legendach, które marynarze powtarzają sobie od kilku wieków?

Tak się składa, że legendy te znał też Frederick Marryat, żyjący 200 lat temu człowiek renesansu – kapitan kilku statków, żołnierz, wynalazca, społecznik, a po błyskotliwej karierze na morzu – także pisarz. Jego „Statek widmo” to pierwsza w historii powieść marynistyczna, a równocześnie mariaż z (niewiele młodszą) powieścią gotycką.

Przez prawie 500 stron towarzyszymy Filipowi Vanderdeckenowi w poszukiwaniu ojca – przeklętego kapitana, który na swoim okręcie widmo nieuchronnie doprowadza do tragedii wśród tych, którzy go ujrzą. Razem z bohaterem opływamy kontynenty, znajdujemy miłość życia, radzimy sobie z buntami, odwiedzamy egzotyczne kraje, kilkukrotnie uchodzimy śmierci, a po drodze co rusz spotykamy moce nie z tego świata.

Książkę czytało się nieźle, choć trafiały się dłużyzny i fragmenty, które spokojnie można by było z tej, jak by nie patrzeć, cegły wyciąć. Z drugiej strony – wielkie bitwy morskie opisane prawie 200 lat temu, musiały być dla ówczesnych czytelników tym, czym dla nas są epickie sceny kosmicznych starć prosto z Diuny, czy w Gwiezdnych Wojen. Wciąż jest to jednak gatunek specyficzny i potrafi przytłoczyć.

[Spodoba się jeśli]: Ciągnie cię do morza, lubisz literaturę grozy, nie boisz się opasłych tomiszczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *