„To” – Stephen King
17 stycznia 2025
/
Dobrze żarło, ale zdechło…
Ku mojemu rozczarowaniu, to idealne zdanie podsumowujące moje pierwsze zetknięcie z Stephenem Kingiem. Rozczarowanie tym większe, że dotyczy książki – pustaka (1100 stron i 42 wiersze tekstu na każdej z nich, to już coś więcej niż cegła).
Przygodę z „TO” mogę podzielić na etapy:
– do 200 strony – próbujesz ogarnąć dwie linie czasowe (książka dzieje się równolegle w latach 50. i 80.), siedmiu głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych.
– do 500 strony – nie musisz już zerkać na notatki kto jest kim, doceniasz rozbudowany bacground każdej z głównych postaci (niestety nie da się tego powiedzieć o pozostałych), wciągasz się w historię stworzoną z całkiem ciekawym pomysłem.
– do 900 strony – zastanawiasz się, czy czytanie pięciu stron o błocie na butach ojca jednej z bohaterek, albo dziesięciu o jakimś meczu podwórkowego bejsbola (który w sumie nie ma wpływu na fabułę) to na pewno coś, nad czym chcesz spędzać tyle czasu.
– do 1000 strony – cieszysz się, że książka powoli się kończy.
– końcówka – co to kur…czę jest!?
Książka jest napisana bardzo rozwlekle, akcja nie toczy się, lecz gramoli do przodu. To jeszcze da się uzasadnić stylem autora. Końcówka była dla mnie jednak zupełnym rozczarowaniem. Akcja nagle wystrzeliwuje jak szalona, logika po drodze się gubi, a prosta (i do tej pory nawet ciekawa) historia urasta do jakiś zupełnie niepotrzebnych, rozdmuchanych, kosmogonicznych rozkmin. Do tego dochodzi seksualizacja jedenastoletnich dzieci, która przez całą książkę bardzo nieśmiało, od czasu do czasu, wychylała się spomiędzy linijek tekstu, by w końcówce wyskoczyć z wielkim i obrzydliwym krzykiem.
Przez długi czas czytało się to całkiem przyjemnie i szybko. Jest trochę krwawo (w końcu to horror), ale nie jakoś bardzo przeraźliwie (to akurat zarzut). Jednak te 1000 stron powolnego tempa ostatecznie nuży. Końcówka zaś zupełnie psuje całą książkę, której normalnie dałbym pomiędzy 6-7/10 (czyli całkiem przyzwoicie), a przez ostatnie dwa rozdziały mam ochotę ocenić ją w okolicach 5/10. Odniosłem wrażenie, jakby autor nie do końca wiedział jak wytłumaczyć wszystkie wątki (czy w ogóle zawsze trzeba wszystko tłumaczyć)? Zupełnie zmieniając przy tym styl i tempo wybrał więc opcję: „narajać się i spisać to, co zobaczyłem”.
[Spodoba się jeśli]: Lubisz dobrze zarysowanych głównych bohaterów, lubisz horrory, chcesz, by w książce wszystko było wyjaśnione, nawet jeśli to wyjaśnienie nie do końca ma sens i pasuje do reszty powieści.
Ku mojemu rozczarowaniu, to idealne zdanie podsumowujące moje pierwsze zetknięcie z Stephenem Kingiem. Rozczarowanie tym większe, że dotyczy książki – pustaka (1100 stron i 42 wiersze tekstu na każdej z nich, to już coś więcej niż cegła).
Przygodę z „TO” mogę podzielić na etapy:
– do 200 strony – próbujesz ogarnąć dwie linie czasowe (książka dzieje się równolegle w latach 50. i 80.), siedmiu głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych.
– do 500 strony – nie musisz już zerkać na notatki kto jest kim, doceniasz rozbudowany bacground każdej z głównych postaci (niestety nie da się tego powiedzieć o pozostałych), wciągasz się w historię stworzoną z całkiem ciekawym pomysłem.
– do 900 strony – zastanawiasz się, czy czytanie pięciu stron o błocie na butach ojca jednej z bohaterek, albo dziesięciu o jakimś meczu podwórkowego bejsbola (który w sumie nie ma wpływu na fabułę) to na pewno coś, nad czym chcesz spędzać tyle czasu.
– do 1000 strony – cieszysz się, że książka powoli się kończy.
– końcówka – co to kur…czę jest!?
Książka jest napisana bardzo rozwlekle, akcja nie toczy się, lecz gramoli do przodu. To jeszcze da się uzasadnić stylem autora. Końcówka była dla mnie jednak zupełnym rozczarowaniem. Akcja nagle wystrzeliwuje jak szalona, logika po drodze się gubi, a prosta (i do tej pory nawet ciekawa) historia urasta do jakiś zupełnie niepotrzebnych, rozdmuchanych, kosmogonicznych rozkmin. Do tego dochodzi seksualizacja jedenastoletnich dzieci, która przez całą książkę bardzo nieśmiało, od czasu do czasu, wychylała się spomiędzy linijek tekstu, by w końcówce wyskoczyć z wielkim i obrzydliwym krzykiem.
Przez długi czas czytało się to całkiem przyjemnie i szybko. Jest trochę krwawo (w końcu to horror), ale nie jakoś bardzo przeraźliwie (to akurat zarzut). Jednak te 1000 stron powolnego tempa ostatecznie nuży. Końcówka zaś zupełnie psuje całą książkę, której normalnie dałbym pomiędzy 6-7/10 (czyli całkiem przyzwoicie), a przez ostatnie dwa rozdziały mam ochotę ocenić ją w okolicach 5/10. Odniosłem wrażenie, jakby autor nie do końca wiedział jak wytłumaczyć wszystkie wątki (czy w ogóle zawsze trzeba wszystko tłumaczyć)? Zupełnie zmieniając przy tym styl i tempo wybrał więc opcję: „narajać się i spisać to, co zobaczyłem”.
[Spodoba się jeśli]: Lubisz dobrze zarysowanych głównych bohaterów, lubisz horrory, chcesz, by w książce wszystko było wyjaśnione, nawet jeśli to wyjaśnienie nie do końca ma sens i pasuje do reszty powieści.
Zobacz również
„Ślepowidzenie” – Peter Watts
11 października 2024
„Podział ostateczny” – C. S. Lewis
29 grudnia 2024